Nonapartyzm

Robiłem niedawno w Polityce coming out jako nie tyle może bonapartysta, co rzeckista. Jestem w wieku książkowego starego subiekta, identyfikuję się z nim z pewnością bardziej niż z Wokulskim. Nie umiem sobie siebie wyobrazić jako bogacza.

Pod jedną z poprzednich notek obrażono moje uczucia bonapartystyczne, że niby lepiej by było, gdyby terytorium dzisiejszej Polski pozostało pod zaborami pruskim i austriackim, bo by nas skanalizowali i uregulowali nam rzeki. A więc precz z Bonapartem, bo przez niego Kongresówka.

Zacznę od tego, że podobnie jak lemowskie smoki, Bonaparte może istnieć na wiele sposóbów. Skupmy się na dwóch.

Mogłoby go nie być wcale, w sensie że zmarł w dzieciństwie, albo (inspirująca literacko alternatywna ścieżka!) rojalistyczny zamach stanu z 1795 zakończył się sukcesem. Historycznie Napoleon uratował wtedy Republikę, ale wystarczyło że jedna kula poleciałaby trochę inaczej.

Taki całkowity brak Napolena (nonapartyzm na pełnej) to straszliwa dystopia. Bez Bonapartego Rewolucja poniosłaby całkowitą porażkę, jeśli nie w 1795 to 1797. Jakobini tak zdążyli skompromitować ideę demokracji, że rojaliści zaczęli wygrywać w wyborach (co zmusiło Barrasa to zrobienia „fructidora”).

Nonapartyzm to straszna alternatywna ścieżka historii. Cała Europa wyglądałaby jak carska Rosja. Wojny napoleońskie zmusiły pokonane państwa do liberalizacji. Legendarne „Prusy jako państwo prawa” narodziły się w odpowiedzi na porażkę „czwartej koalicji”. Francuska armia nastawiona na modernizację uzbrojenia oraz merytokrację („każdy żołnierz z buławą w tornistrze”), starła się z pruskim skansenem, w którym dowódcą było się z racji wysokiego urodzenia, a uzbrojenia nie modernizowano zaś od prawie stu lat, bo po co. Wymuszona przez Napoleona modernizacja państwa pruskiego była heglowskim „końcem historii”.

Pod koniec 18. wieku Austria była nadal częścią HRE, tworu rozpaczliwie wtedy już anachronicznego. Tłamsił gospodarczy rozwój Europy, utrzymując średniowiecze przywileje, typu „eksport z kraju X musi przechodzić przez miasto Y”. Niszcząc HRE, Napoleon z kolei wymusił modernizację na Habsburgach.

Alternatywna historia innych państw też wygląda strasznie. Nie powstaje dynastia Bernadotte (bo jak?), kraje nordyckie pozostają więc monarchiami absolutnymi. Socjaldemokracja nie ma jak wygrać wyborów, zresztą i tak jej nikt nie założył. Przecież w nonapartyzmie nie ma Marksa, a przynajmniej nie pod tym nazwiskiem. Nie ma kodeksu Napoleona, a więc nie ma emancypacji Żydów, a więc Hirsz Lewi nigdy nie wychodzi z getta i nie posyła syna na studia do Berlina.

Ktoś może by w końcu napisał „Kapitał”, ale znacznie później, bo i burżuazyjne rewolucje zaszłyby później. A może wcale? Średniowieczne stosunki produkcji dotrwałyby na kontynencie europejskim co najmniej do roku 1900 (i tak przecież dotrwały ich resztki gdzieniegdzie, choćby w Rosji).

Trudno sobie wyobrazić odzyskanie przez Polskę niepodległości w takim scenariuszu, bo w ogóle pojawienie się na mapie łańcucha państw od Finlandii po Rumunię wymagało serii niezwykłych zbiegów okoliczności. Które i tak by nic nie dały, gdyby nie idea demokratyczna buzująca na kontynencie przez całe stulecie – w nonapartyzmie zduszona w kołysce.

Gdy Polacy odczuwają nostalgię za zaborami pruskim lub austriackim (jak panowie E-E w owych komciach), tęsknią za tymi Prusami i Austrią, które Napoleon stworzył pod Jeną i Austerlitz. Czyli tymi, w których mityczny młynarz z Sans Souci mógł wygrać w sądzie z monarchą. Nie szkodzi że to nieprawda, te legendy wymyślono właśnie żeby kontrować tęsknotę za kodeksem Napoleona.

To nas prowadzi do innego sposoby nieistnienia Cesarza Francuzów – do nonapartyzmu lite (by nie rzecz wręcz, leger). W nim Napoleon ratuje Rewolucję, dokonuje pod Jeną i Austerlitz heglowskiego „końca historii”, ale z jakiegoś powodu w Tylży w 1807 jest pobłażliwy wobec pokonanych (ktoś go podtruwa? może Talleyrand?). Granice zaborów zostają jak w 1795, nie powstaje Księstwo Warszawskie, a więc po jeszcze bardziej nieuchronnej klęsce Bonapartego, nie ma powodu by tworzyć namiastki polskiej autonomii.

Ten scenariusz to nadal horror. Ze względu na tę całą moją bijografistykę, przeczytałem historie różnych polskich miast. Okres 1795-1807(9) wszędzie jest wymieniany jako lata upadku. Chętnie poznam kontrprzykład, jeśli ktoś z PT komcionautów wie, że to akurat była Złota Era Mycisk.

Nawiasem mówiąc, historycy mają proste kryterium odróżniania ery złotej od ery brązowo-woniejącej. Czasem się stawia nowe szpitale, szkoły, mosty itd, czasem się je zamyka/burzy z powodu braku środków na utrzymanie. Według tego kryterium, większość (wszystkie?) miasta w Polsce mają najlepszą epokę od czasów jagiellońskich.

Pierwotną przyczyną upadku było po prostu to, że Lublin, Warszawa czy Olsztyn przestały być regionalnymi ośrodkami administracyjnymi, stały się zadupiem na końcu mapy, z którym centrala w Wiedniu czy Berlinie sama nie wiedziała co począć. Część z tych miast odżyła dzięki wymuszeniu na kongresie wiedeńskim utworzenia namiastek polskiej autonomii, wliczając w to Wielkie Księstwo Poznańskie. Nostalgia za pruskim albo austriackim zaborem to nostalgia za czymś, co powstało w wyniku Kongresu Wiedeńskiego i/lub Wiosny Ludów, a więc znów pośrednio za sprawą Napoleona.

Na czele tych namiastek autonomii często stali polscy patrioci, którzy walczyli w zaborcami z bronią w ręku – a po kolejnej porażce słusznie uważali, że trzeba budować gospodarcze podwaliny na przyszłość. Często byli to weterani, no cóż, znów napoleońscy. Typowy przykład to ekipa Zajączek – Staszic – Rembieliński – Drucki-Lubecki, której zawdzięczamy Łódź, SOP i sieć dróg krajowych.

Nie pretenduję do miana Znawcy Polskiej Historii Jako Takiej, więc chętnie poznam kontrprzykłady. Czy znajdzie ktoś przykład miasta, które (a) było w Polsce do 1772 (b) zaznało rozkwitu w XIX wieku z pominięciem postnapoleońskich struktur autonomii?

Miasta wcielane bezpośrednio do państw zaborczych przeżywały zazwyczaj upadek, z którego wychodzą dopiero dzisiaj: zaborca wyznaczał im rolę prowincjonalnej dziury, w której w nic nowego nie inwestowano, za to rozsypywały się średniowieczne katedry i zamczyska, pamiątki dawnej chwały. Coś przegapiłem? Tylko zanim ktoś wyskoczy z okrzykiem „Katowice!”, proszę przyjrzeć się OBU WARUNKOM.

Krótko mówiąc, wiele zawdzięczamy Bonapartemu. Polska wyglądałaby dużo gorzej w scenariuszach nonapartyzmu „full” jak i nonapartyzmu dietetycznego. Ponadto w obu prawdopodobnie w ogóle nie wraca na mapę, podobnie jak większość (wszystkie?) państw położonych na styku dziewiętnastowiecznych mocarstw. Choćby taki Mariampol był ośrodkiem litewskiego odrodzenia narodowego właśnie dlatego, że było to jedyne litewskie miasto, na terenie którego obowiązywał Kodeks Napoleona – więc stójkowy nie mógł tak po prostu przechodnia wziąć do kozy za używanie „dialektu żmudzińskiego” w miejscu publicznym.

Czy to dobrze że te państwa istnieją? Zachód jest pełen onuc, które tak twierdzą. Polska prawica się do nich umizguje, mimo swojego deklarowanego „patriotyzmu”.

Mój patriotyzm jest lewacki – to miłość do polskiej kultury. Cieszę się, że Polska się odrodziła, bo dzięki temu różni moi ukochani pisarze i filmowcy mogli tworzyć swoje dzieła w naszym pięknym języku. I już choćby to czyni mnie bonapartystą-rzeckistą.

Now Playing (211)

W moim wieku już bliżej jest niż dalej, rób co chcesz. Co za tym idzie, żyję coraz bardziej Wspomnieniami. Lubię wspominki z czasów, gdy jeszcze to wszystko jakoś zasuwało do przodu, zanim pierwszy był krok w rozpadlinę bez dna.

No właśnie, kiedy? Nie wiem. Moim osobistym peakiem ostatnio wydaje mi się pewien dzień z roku 2002. Tego samego dnia jednocześnie na wywiady zgodzili się Mój Ukochany Pisarz oraz basista mojego ukochanego zespołu rockowego (będący liderem po odejściu poprzedniego lidera, ale i tak od początku najbardziej kochałem właśnie basistę).

Z perspektywy ćwierćwiecza przyznam, że dzień takich dwóch wywiadów to Rzecz Wspaniała. Ale ja wtedy byłem stachanowcem wierszówki, w wiecznym niedoczasie, zawsze na debecie, więc przede wszystkim się martwiłem, jak mam się z tym wyrobić.

Pisarz zapraszał do swojego mieszkania w łódzkim blokowisku. Basista zgadzał się pogadać przez telefon. Ostatecznie więc wyszedł z tego mikromaraton, że pociągiem na dworzec Łódź Fabryczna (dla młodzieży: nie było autostrady, nie było pendolino), taksówką na Retkinię, a potem taksówką do redakcji łódzkiej „Wyborczej”, gdzie udostępniono mi telefon z magnetofonem, z którego wykręciłem przysłany mi przez agenta numer, usłyszałem ten charakterystyczny brytyjski sygnał, który od dziecka znałem z „The Wall”, a potem odebrało jakieś dziecko i zawołało „tato, ktoś do ciebie”. Wszystko się dobrze skończyło, ukazały się oba wywiady. Dziś więc wspominam to jako swój peak, a wtedy czułem się w piekle przepracowania.

Żyjąc wspomnieniami, słucham ostatnio dużo owego zespołu. A zwłaszcza wczesnych płyt, a zwłaszcza w ogóle pierwszej – „Rattus Norvegicus”. Jak wiadomo, moje nastoletnie gusta miotały się między rockiem progresywnym a punkiem. Czyli z jednej strony „trzy akordy darcie mordy”, z drugiej „concerto for a group and orchestra”.

Już od pierwszej płyty, zespół The Stranglers uprawiał heglowską Syntezę obu skrajności. Wzbogacał punkowe instrumentarium o klawisze, głównie organy Hammonda, w których dźwięk generowany był elektromechanicznie. Były podatne na interferencje i przesłuchy, nadające brzmieniu nieprzewidywalność, zaskakująco dobrze pasującą do punk rocka.

Szczytową formą rocka progresywnego, jak wiadomo, była wieloczęściowa suita. Już pierwsza płyta kończy się punkową suitą (być może pierwszą w dziejach gatunku?) – „Down In The Sewer”, składającą się z czterech części, „Upadek”, „W kanale”, „Próba wydostania” i „Wyścig szczurów”.

Jak przystało na punk rocka, to tak naprawdę parodia tych wszystkich „błyszczących szalonych diamentów”. Prawdziwy fan King Crimson powinien dostać palpitacji (choć nie sam Robert Fripp, jak wiadomo otwarty na autoironię). Z perspektywy czasu bardzo doceniam to, że wszystko jest konsekwentnie Prymitywne (od czasu do czasu ktoś gra jakąś niby-solówkę, ale bez wirtuozerii, która zabija piękno rocka tak jak finezja zabija piękno futbolu). Natomiast przez cały czas utrzymywane jest rockowe Napierdalanie Rytmicznej Machiny, składającej się zawsze co najmniej z basu i perkusji, czasami dodatkowo z gitary i/lub klawiszów unisono.

Parę razy już pisałem na blogu o „Stranglersach”, ale zawsze z późniejszych płyt. Bo też i jak przystało na pokolenie Wychowanych Na Trójce, po raz pierwszy usłyszałem ich z płyty „Feline” (1983). Że przedtem grali punka, było to dla mnie zaskoczeniem. Ich wcześniejsze płyty nie leciały w radiu. Krążyły w kręgu znajomych, ja przywiozłem „La Folie”, inni mieli inne rzeczy, nawet single (kupuję je teraz jako dziaders, ale 40 lat temu przegrywałem je na kasety od tow. Zgliczyńskiego).

„Down In The Sewer” opowiada fabularną historię, po punkowemu sprowadzoną do minimum. Podmiot liryczny trafia do kanału (jak? to długa historia, odpowiada wymijająco). Snuje wizję prokreacji ze szczurami, bo urodzą mu dzieci, które Przetrwają.

Szczur stał się, jak wiadomo, maskotką zespołu, tak jak potworny Eddie maskotką Iron Maiden. Jak już parokrotnie pisałem uważam, że ówczesna punkowa i metalowa makabra pełniła funkcję terapeutyczną. Piosenki przenosiły nas przez świat wypełniony tym, czego się najbardziej boimy czy brzydzimy, żebyśmy czuli się oczyszczeni w finale, gdy automat podnosi ramię gramofonu.

Jako dziaders doceniam coś, na co wtedy nie zwracałem uwagi – Młodzieńczą Energię wykonawców. Trochę na zasadzie fałszywej nostalgii, wrzucam więc nie wersję studyjną (której tak naprawdę słucham), tylko demonstrujący tę Energię występ na żywo w Paryżu w 1979. Nie mógłbym na nim być nawet gdyby nie Żelazna Kurtyna, bo po prostu byłem za małym dzieckiem. Ale bywałem na takich koncertach przez wiele lat W Wyobraźni.

Niezatapialny kler


W komciach pod poprzednią notką wspominałem o „Pastwisku” Dudkiewicza. Jak się okazało, polecałem je w felietonie, a nie na blogu – więc skoro za paywallem to wybaczam, że nie wszyscy moją polecankę przeczytali. Rozmazany skrin fragmentu na zachętę!

Nim przejdę do jego głównej tezy, mikrowprowadzenie. Pisałem kiedyś na blogu o Wielkim Zachodnim Cheacie – nagłym skoku rozwojowym, który spadł na naszą cywilizację około 11. stulecia. To jakby parę osób grało Zachodem, Bizancjum, Islamem, Chinami i kim tam jeszcze, pierwszy gracz w 9. stuleciu jest jeszcze na końcu tabeli, a potem dostaje nagłego kopa i wszystkich sobie podporządkowuje w 20. stuleciu.

Moja interpretacja praprzyczyn tego cheata jest taka, że niechcący wynaleźliśmy pluralizm. Rozpad cesarstwa rzymskiego na Zachodzie sprawił, że Europa Zachodnia już nigdy nie odzyskała czegoś takiego jak „centralny ośrodek władzy”.

Co za tym idzie, nie mieliśmy kombinacji „centralna religia wychwala centralnego imperatora”. Relacje cesarza z papieżem u nas zazwyczaj były chłodne, czasem otwarcie wrogie. W dodatku papież niekoniecznie był autorytetem dla wszystkich zachodnich chrześcijan i to jeszcze na długo przed Lutrem.

Wytworzyło to sytuację, która była chyba unikalna dla naszego kręgu kulturowego. Nasi przodkowie przez tysiąc lat z okładem mogli myśleć tak – „jestem lojalnym i praworządnym poddanym/obywatelem, ale uważam działania mojego księcia za bezprawne i odwołam się do sądu cesarskiego” oraz „jestem pobożnym katolikiem i uważam kazanie proboszcza za heretyckie, odwołam się do kurii”.

O tym dualizmie trzeba pamiętać, gdy się chce Zrozumieć Kościół. A rozumieć go trzeba nawet z pozycji wojującego antyklerykalizmu.

Komuniści go nie rozumieli, więc (teraz już przechodzę do streszczania Dudkiewicza) zerwali stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską. Efekt był taki, że skoro nie miała w Warszawie oficjalnego nuncjusza, prymas Wyszyński stał się „pełniącym obowiązki”.

Dudkiewicz pisze, że legalizujące to papiery „zaginęły”, sugerując że Wyszyński być może sobie tę rolę uzurpował. Nawet jeśli tak było, Watykan to uznawał de facto aż do wznowienia stosunków w latach 70., kiedy było już pozamiatane, polski kościół miał za sobą trzy dekady Absolutnej Władzy Prymasa.

Później zrobiło się jeszcze gorzej, bo gdy Wojtyła pojechał do Watykanu, absolutną władzę delegowano w dół. W kościele zaroiło się od niezatapialnych biskupów (typu Paetz) a nawet niezatapialnych prałatów (typu Jankowski). Rzecz jasna, władza absolutna korumpuje absolutnie, towarzyszył więc temu upadek moralny i intelektualny polskiego Kościoła, z którego nie wyszedł do dzisiaj.

Książka Dudkiewicza pomogła mi zrozumieć mechanizmy wykraczające poza jej temat. To zapewne dlatego Wojtyła tuszował zbrodnie hierarchów dopóki się dało, a jak już się nie dało, wolał stracić całą Austrię niż przyznać rację „buntownikom”. Wojtyła wywołał falę laicyzacji na Zachodzie 20 lat temu, bo wierni czekali na potępienie „niezatapialnych”, a papież ich wzywał do praktykowania „cnoty posłuszeństwa”. Po jego śmierci ta fala dotarła także do nas, co jednych cieszy, drugich martwi.

Dla nas najsmutniejsze jest to, że PRL dał Kościołowi także i drugi prezent: monopol na opozycyjność. Czechosłowaccy opozycjoniści spotykali się w gospodach, nasi w kościołach. W stanie wojennym wytworzyło to sytuację, w której na zewnątrz było szaro, ponuro i straszno – a tu uśmiechnięty ksiądz i przemiła siostra częstują herbatką. Gdyby związek filatelistów oferował taki azyl, opozycja by pokochała zbieranie znaczków.

W efekcie laicka lewica była w 1989 pozbawiona swojego głosu i w mediach, i w polityce. Tygodnik „NIE” się w to wpisywał, bo Urban swoją obrzydliwością sprawiał, że krytyka Kościoła na łamach jego tygodnika była brana w samounieważniający się nawias. Innej zaś bardzo długo po prostu nie było. Jeszcze w czasach pierwocin tego blogaska, otwarta krytyka Wojtyły w mediach była nie do pomyślenia. Miewałem wtedy komcionautów zaszokowanych tym, że tutaj o Papieżu pisze się innym tonem niż w „Wyborczej”.

Morał z tego wszystkiego jest taki, że hipotetyczny rząd Zandberga nie powinien iść na rympał. Zerwać stosunki z Watykanem, to może fajnie brzmieć w social mediach, ale w praktyce byłoby przeciwskuteczne. Konkordat należy renegocjować oraz uruchomić grę, w którą Kościół lubi grać od tysiąca lat. Ok, konkordat zobowiązuje do „organizowania nauki religii”, ale czymże „nauka”? czymże „religia?”, czymże „organizacja?”. My też tak możemy, to tylko kwestia woli politycznej.

Kaszkiet Nieczajewa

Pojawiają się tu czasem komcie przychylnie odnoszące się do słusznie minionego ustroju. Wychwalają go też różne przygłupy na Zachodzie, w rodzaju Hasana Pikera. Na wszelki wypadek odniosę się więc notką.

Łatwo popaść w schemat wyobrażania sobie minionego ustroju jako niezbyt udanej, ale jednak próby zbudowania socjalizmu. W tej wizji Lenin, Stalin i Trocki jawią się jako idealiści, którzy może trochę pobłądzili, ale to nie do końca ich wina przecież – bieda, wojna, spisek kapitalistów i tak dalej. Ale mimo tych trudności udało się zbudować piece Magnitogorska i wyzwolić kobiety, a więc minusy nie powinny przesłaniać plusów!

Gdy mowa o Rosji, człowiekowi często trudno uwierzyć w prawdę, bo prawda jest zbyt szokująca. Gdzieś znalazłem anegdotę, że gdy Robert Conquest wydał książkę o stalinowskim terrorze, spotkała się z niedowierzaniem. Co dla Polaka oczywiste, dla Anglika było nie do wiary. Gdy po 1991 otwarto archiwa okazało się, że rzeczywistość była jeszcze gorsza. Trzeba było opracować nowe wydanie – według anegdoty, Kingsley Amis zasugerował tytuł „I Fucking Told You, You Fucking Morons”.

Otóż Leninowi nigdy nie chodziło o socjalizm w jakimkolwiek zachodnim rozumieniu. Prawa pracownicze, prawa kobiet, pokój, postęp? On miał to wszystko w żopie. Oczywiście nie mógł tego powiedzieć wprost, ale widać to z jego czynów (oraz między wierszami z korespondencji). Moim zdaniem, on był z tej trójki najgorszy po prostu dlatego, że Stalin i Trocki bez niego nie zdobyliby władzy i pozostaliby drugorzędnymi psycholami, realizującymi sadystyczne pragnienia wyrywając muszkom nóżki. W każdym razie, elementarne fakty typu kalendarium wydarzeń nie potwierdzają naiwnego wyobrażenia, że na początku chodziło o jakieś ideały, ale przyszedł Stalin i wszystko zepsuł. Bolszewikom od początku chodziło o terror i ludobójstwo.

Czemu? Tu trzeba się cofnąć o dobre sto lat, do praźródeł europejskiego socyalizmu, czyli rewolucji francuskiej i jej upadku. Po Kongresie Wiedeńskim wszyscy europejscy postępowcy czuli się jednym ruchem, od czartystów po dekabrystów. Moskwa-Gandawa, wspólna sprawa! Dlatego Mickiewicz mógł wtedy mieć „przyjaciół Moskali” i nikt nie widział w tym zdrady.

To się rozjeżdża w połowie stulecia, gdy na Zachodzie siły postępu odnoszą pierwsze sukcesy, a w Rosji odwrotnie, wszelki bunt kończy się kolejnym przykręceniem śruby. W dodatku na Zachodzie galopuje rewolucja przemysłowa, która w Rosji przyjmuje się z oporami.

Rosyjskich postępowców przyprawiło to o kryzys tożsamości. Czy te wszystkie fraternity i egality pasują do Rosji? Na Zachodzie telegrafują i mają drogi żelazne, a u nas list idzie miesiąc, a o drogach szkoda gadać. Większość kraju przez większość roku jest nieprzejezdna, w głubince życie toczy się tak, jakby czas się zatrzymał w 17. wieku. Co tu gadać o socjalizmie, jak porządnego kapitalizmu nie idzie zbudować?

Pojawiło się nowe pokolenie rewolucjonistów, którzy mieli na te pytania bardzo radykalną odpowiedź – zabijać, zabijać, zabijać, Postęp rozpozna swoich. Nie mieli bezpośredniego odpowiednika na Zachodzie, ale ponieważ z natury rzeczy często kończyli na emigracji, to zyskiwali tam pewną sławę, zwłaszcza niejaki Nieczajew, którego „Katechizm rewolucjonisty” inspirował lewackich terrorystów jeszcze w XX wieku.

Przyjęło się ich nazywać „nihilistami” głównie za sprawą dwóch literackich portretów, Turgieniewa i Dostojewskiego. Obaj sięgnęli po podobny motyw: „liberał starej daty spotyka radykalniejszego syna, który jest pod wpływem kolegi, będącego już ewidentnym psycholem”. Dostojewski był za reakcją, Turgieniew za postępem, więc ich arcydzieła („Ojcowie i synowie” + „Biesy”) są jak teza i antyteza, prowadzącego do dialektycznie spójnego wniosku: jeśli ci ludzie się się kiedtś dorwą do władzy, będzie masakra.

Literackie portrety nihilistów doprowadziły do zjawiska przypominającego fandom Voldemorta. Wprawdzie zazwyczaj tworzono je celem potępienia takiej postawy (z wyjątkiem Czernyszewskiego), ale były tak wyraziste, że w Rosji zaroiło się od ludzi stylizujących się „na Stawrogina”.

Jak wiadomo, zauroczona przystojnymi nihilistami Wiera Zasulicz wdała się w korespondencję z Marksem, który przyznał jej, że drogi do socjalizmu mogą być różne i że już się nie upiera przy swojej pierwotnej koncepcji, że najpierw kapitalizm. Kto wie, może faktycznie niepiśmienni chłopi z głubinki zrobią lepszy socjalizm?

Czemu Marks napisał ten list, nad tym głowił się niejeden autor. Moja prywatna teoria jest taka, że w 1881 już było oczywiste, że pierwotna wizja Marksa jest nieaktualna, mechanizacja przemysłu nie osłabiła negocjacyjnej pozycji proletariatu tylko odwrotnie, doprowadziła do pojawienia się arystokracji robotniczej – proletariatu zbrojnego w „uprawnienia do obsługi suwnicy”. A poza tym to był po prostu catfishing – to jakby dzisiaj dostał maila „Dear Mr Marx, I am a young Russian girl very interested in your work”.

Ten jeden list (!) zastąpił rosyjskim nihilistom cały „Kapitał”, odtąd mieli namiastkę teoretycznej podkładki. Więcej nie potrzebowali. Dla tego typu ludzi zawsze ważniejsze jest to, żeby odpowiednio seksownie dobrać kaszkiet do apaszki. Oraz żeby przed lustrem wypracować odpowiednio groźną minę wojownika za sprawę.

Tylko że ponieważ mówimy o Rosji, musimy pamiętać o tym, że w rewolucjonizmie najbardziej podniecało ich hasło „zniesienia wszelkich moralnych ograniczeń”. Niczym ich literackie pierwozory, byli albo po prostu sadystami (jak Stawrogin), albo socjopatami, podekscytowanymi władzą dla samej władzy (jak Wierchowieński jr).

Kogo w Rosji interesowała teoria czy praktyka socjalizmu, ten dołączał do mienszewików albo eserowców. Kogo interesował terror dla przyjemności terroru (bo przy okazji można trochę sobie pogwałcić i potorturować), ten został bolszewikiem. Krwawa dyktatura nie była dla nich środkiem, tylko celem.

Bolszewicy wkraczali na polskie ziemie trzykrotnie. Opisywano te ich wkroczenia w literaturze wspomnieniowej, w której nie ma motywów typu „robotnicy i chłopi ucieszyli się, że ich wyzwolono z okowów kapitalizmu”. Za to dużo mordu, gwałtu, tortur i grabieży.

Polska specyfika jest o tyle ciekawa, że polscy komuniści w 1945 mieli już za sobą doświadczenie wymordowania KPP. Nie było więc wśród nich naiwnych wielbicieli Stalina. Ideowi komuniści byli u nas tylko w jednym pokoleniu i też im szybko przeszło.

Co ważne, nie potępiam w czambuł wszystkich działaczy PZPR, bo niektórych postrzegam jako kontynuatorów Druckiego-Lubeckiego. W czasach zaborów zręczna gra pozwoliła wybudować na polskich ziemiach infrastrukturę i przemysł, które nierzadko nam służą do dziś. Szanuję niektórych decydentów z PRL, którym też się to udało – ale to nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek lewicowością. Podobną grę trzeba by podjąć w alternatywnej rzeczywistości, w której w Rosji biali wygrali wojnę domową i to oni nas przyszli okupować.

Co do wcielania w życie lewicowych wartości, PRL sytuował się niemal zawsze za zachodnimi demokracjami. Statystyki niezbyt dobrze to opisują, bo w ślad za swoim rosyjskim pierwowzorem, PRL był państwem fikcji. Język rosyjski nieprzypadkowo obfituje w idiomy opisujące „pokazuchę” – coś, czego nie ma w realu, ale jest w sprawozdaniach.

Gdyby wierzyć w oficjalną wersję, życie hutnika, górnika czy stoczniowca było wspaniałe. Ale przecież to oni właśnie byli największymi antykomunistami. To oni obalili ten ustrój – a nie kler, burżuazja czy CIA. Dla każdego szanującego się marksisty to powinno zamykać dyskusję. Gdyby PRL tworzył dobre warunki życia dla klasy robotniczej, to by go ta klasa nie obaliła.

Celowo w notce nie odnoszę się do detali. Że wczasy pracownicze, że konsumpcja mięsa per capita, że miliony mieszkań, że dziadek pasał kozy a ja zostałem inżynierem – wszyscy to znamy na pamięć, ale jeśli ktoś odczuwa niedosyt, zapraszam do komentarzy.

Chcę się skupić na planie ogólnym. Że gdyby radziecki komunizm potrafił chociaż tyle co kapitalizm – dać masom minimum typu „adres w bloku i mały fiat”, to by nie upadł. Chiński, jak mniemam, potrafi przynajmniej tyle (ale jak wiele razy mówiłem, o Chinach nic nie wiem). W każdym razie jajako młody człowiek snujący plany na dorosłość wiedziałem, że w PRL nie mam szans nawet na tyle. Podobnie czuli się młodzi robotnicy, którzy w 1988 wywołali ostatnią falę strajków, która to paskudztwo definitywnie dobiła.

Coraz mniej ludzi pamięta tamten ustrój. Młodzież próbuje go sobie wyobrazić na podstawie zdjęć, na których istotnie może wyglądać atrakcyjnie (zwłaszcza w obiektywach mistrzów takich jak Rolke czy Siemaszko). Ale ten psychol Stawrogin też był przecież przystojny.

Nowoczesność jako piekło

Po raz pierwszy z nazwiskiem „Hulot” zetknąłem się czytając Pana Samochodzika. W którymś tomie (tytułu nie pomnę, ale z pewnością ktoś zaraz przytoczył) przedstawia się takim fałszywym nazwiskiem. Już wtedy wydawało mi się dziwne, a potem – gdy dowiedziałem się jak to należy wymawiać – jeszcze dziwniejsze. Jak ktoś mógł uwierzył w takie nazwisko rdzennie prasłowiańskiego Pana Tomasza (o subnordyckim typie urody, to akurat pamiętam że z „Uroczyska”)?

Podejrzewam w każdym razie, że „Wakacje pana Hulot” Jacquesa Tati silnie zainspirowały Nieniackiego zwłaszcza przy wyobrażaniu sobie Wehikułu. Za sprawą ekranizacji moje pokolenie wyobraża go sobie głównie na wzór Volkswagena Typ 166 „Schwimmwagen”, ale podejrzewam, że pisarz kierował się estetyką wehikułu pana Hulot (pasuje do literackich opisów, typu „skrzyżowanie czółna z namiotem”!).

Z wikipedii dowiedziałem się, że był to samochód marki Salmson. Jak wiecie, fascynuje mnie teoria i praktyka Porażki, zafrapowała mnie więc historia tej firmy – zaczynała skromnie od robienia pomp, potem weszła w motoryzację i lotnictwo, aby po serii porażek wrócić do pomp.

Historia Jacquesa Tati wygląda podobnie. Po serii udanych niskobudżetowych komedii zrealizował w końcu wysokobudżetową, która go zrujnowała. Do końca życia się nie wykaraskał z finansowych skutków tej superprodukcji, jego filmu wypadły z obiegu, dopiero niedawno udało się je zdigitalizować.

Z przyjemnością sobie je odświeżyłem po latach (moje poprzednie zetknięcie było jeszcze za komuny). Jako nauczyciel, wszędzie widzę opinie i orzeczenia, nie mogę się więc powstrzymać przed myślą, że w gruncie rzeczy to są komedie o spektrum.

Oczywiście, w tamtych czasach jeszcze nikt nie miał autyzmu (wszak nie wynaleziono jeszcze szczepionek!). Pan Hulot jest hipsterem-prekursorem, zanim to się zrobiło mainstreamowe. Zachowuje się jak duże dziecko, nie rozumie intencji dorosłych, nie umie czytać emocji. Komizm często polega na tym że on nie dostrzega czegoś oczywistego dla widza.

Do rzeczy niepojętych dla Hulot należy Kult Nowoczesności. Hulot zdaje się najlepiej czuć w przestarzałej Francji ciasnych zaułków, starych ruder i malutkich knajpek „Chez Margot”. Wszystko to ma być wyburzone, żeby ustąpić Przyszłości. To właśnie dekoracje futurystycznej dzielnicy pokazanej w „Playtime” zrujnowały twórcę.

Nowoczesność pokazana jest tutaj jako piekło, które ludzie sami sobie gotują nie wiadomo po co. Jakby chcieli stać w korkach i mieć ogłuszającą paradę samochodów pod oknem, siedzieć na niewygodnych meblach w dysfunkcjonalnych pomieszczeniach, używać hałaśliwych machin, które niby mają coś upraszczać, a tylko przeszkadzają.

Część akcji „Playtime” dzieje się w szklano-aluminiowym hotelu, w którym wiszą reklamy innych hoteli tej sieci. „Visit Mexico!” „Visit Hawaii!” „Visit London!”. Na każdym zdjęciu identyczny budynek, tyle że doklejono stereotypowego Meksykanina czy londyńskiego policjanta.

Oglądam to z mieszanymi uczuciami (i pewnie takie były intencje twórcy). Z jednej strony, oczywiście ja też hejtuję nowoczesność. Gdy stoję przed kaucjomatem, wpłatomatem czy zniczomatem, czuję się bezradny jak Hulot w futurystycznej kuchni swojej siostry.

No ale z drugiej sam na przykład lubię sieciowe hotele, które wszędzie są jednakowe (bo lepszy brak niespodzianek od złych niespodzianek). No i oczywiście bezgranicznie kocham samochody. W filmach Tati niby są pokazywane jako źródło utrapień, ale jednak w długich zmysłowych ujęciach, niczym porno dla petrolheadów. W dodatku nienaturalnie dużo mamy tu samochodów amerykańskich i to tak pięknych jak Chevrolet Bel Air ‘1957.

Obsesja motoryzacyjna splata mi się tu z innym moim konikiem, jakim jest tropienie momentu, gdy Europa zachodnia uciekła wschodniej. Kiedy czytaliśmy powiedzmy „Mikołajka”, widzieliśmy w nim jeszcze jakieś odzwierciedlenie naszego dzieciństwa, ale w latach 80. już było widać, że żyjemy w innych epokach. Nasi rówieśnicy w zachodnich filmach już mieli wtedy domowe komputery podłączone do globalnej sieci i hakowali wojskowe serwery zapobiegając wojnie termonuklearnej. To się nie przekładało na dzieciństwo w PRL, nawet jak ktoś miał timeksa z peweksu.

Szczególnie wyraźnie widać to właśnie w motoryzacji. W latach 50. moskwicze, skody czy wartburgi są podobne do oferty volvo, fiata czy peugeota. Tylko amerykańskie samochody wyglądały wtedy jak z innej planety. Socjalistyczna motoryzacja grzęźnie gdzieś w połowie lat 70. i najtańszy volkswagen zaczyna być atrakcyjniejszy od flagowych produktów bloku radzieckiego. W roku 1960 kwestia „fiat czy moskwicz?” nie było jeszcze oczywista (Lem chętnie uczestniczył w takich rozmowach), ale w 1980 już nie ma o czym gadać (za to amerykańska motoryzacja spada z piedestału).

Cztery filmy z panem Hulot pochodzą z lat 1953-1971, w tym pierwszym jeszcze widać ślady powojennej biedy i mógłby podobnie wyglądać w Polsce. Ten czwarty dzieje się już w Europie Zachodniej oplecionej siecią autostrad i gnającej nimi coraz prędzej nie wiadomo po co.

I ostatnia refleksja – dopiero teraz zauważyłem, jak silny wpływ Jacques Tati wywarł na polskie komedie, zwłaszcza te kultowe, antysystemowe. „Miś”, „Brunet wieczorową porą” i (zwłaszcza) „Rejs” czerpią z pana Hulot pełnymi garściami. Szczątkowa fabuła nie ma sensu, jest tylko pretekstem do serii gagów. Niekoniecznie bardzo wyszukanych, czasem chodzi o to, że ktoś się chce uprzejmie ukłonić i dupą strąca bezcenną wazę z epoki Ming, ha ha. U Barei też jest trochę slapstiku i humoru od czapy (np. cameo Sherlocka Holmesa w „Alternatywy 4”). U Tati też nie wszystko jest krytyką kapitalizmu.

Ogólnie więc polecam, jeśli ktoś nie ma lepszego pomysłu na wieczór.

Now Playing (210)

Pod notką rocznicową pojawiły się liczne głosy chwalące cykl muzyczny na tym blogu. OK, tak naprawdę to jeden, ale spróbuję być asertywnym jak Ludzie Sukcesu.

Skoro blog ma 20 lat, muszę chyba wyjaśnić coś Młodym Ludziom, jeśli takowi tu zaglądają. W zamierzchłej przeszłości, gdy Lech Wałęsa hodował velociraptory, komunikaty „Currently Playing” / „Now Playing” były wyświetlane na kieszonkowych odtwarzaczach, a zwłaszcza na ich jedynie słusznej wersji, iPodach.

To była wtedy Nowoczesność! No ale nic się nie starzeje tak szybko jak nowoczesność. Młodzież używa tego całego streamingowego ekskrementingu, a ja się cofnąłem do winyli. Nawet dałoby się zmienić tag „Playlista” tak, żeby się trzymac konwencji nazywania wszystkiego na „p” (przecież polichlorek!), ale zostawmy z szacunku dla Tradycji. W każdym razie, cykl niepostrzeżenie wyewoluował z „co mi leci z odtwarzacza” na „nowy placek na talerzu”.

Niczym Paul Anderson, szukam w tych plackach z lukrecji przede wszystkim własnych wspomnień. A że należę do „wychowanych na Trójce” (tak, wiem, obciach, ale proszę z tym na swojego bloga), wiele muzycznych wspomnień łączy mi się z Trójką, a zwłaszcza z Listą Przebojów w klasycznym okresie.

Słuchałem oczywiście regularnie, przy czym część przyjemności polegała na słuchaniu tych utworów, które tam leciały w kółko jako podkład muzyczny. Staram się je zbierać na winylach, trochę dla swojej przyjemności, a także dla tych rzadkich chwil, gdy występuję publicznie. Na początek puszczam jeden, żeby zasygnalizować gościom w czyje łapska trafili i czego się mogą spodziewać (przeważnie zresztą to nie ma sensu, ludziom się wydaje że to z radia albo z laptopa).

W tamtych czasach żeby je usłyszeć, trzeba było włączyć Trójkę. Nie dało się tego nagrać (bo Niedźwiedzki ciągle coś gadał i zagłuszał), a kupienie tego na winylu to w większości było marzenie ściętej głowy. Jeden podkład był dostępny tylko na maksisinglu „Look of Love” ABC, drugi tylko na albumie z remiksami Human League (dla zmyłki wydali go pod szyldem League Unlimited Orchestra – to dopiero autosabotaż, ciekawe ilu ludzi odłożyło z niesmakiem taką płytę w przekonaniu, że to jakiś cover band), a trzeci wreszcie tylko jako ścieżka B singla „Bostich” duetu Yello.

I tenże sobie właśnie kupiłem. O ile mi wiadomo, tylko w tym formacie można kupić wersję instrumentalną (która w LP3 leciała gdy Niedźwiecki wspominał archiwalne notowania). W roku 1981 był to jeszcze szkic zamysłu piosenki, która w następnym roku dojrzała już do wersji wokalnej (wydanej na płycie „Claro Que Si”). Wydaje mi się, że we wszystkich późniejszych wydaniach mamy już wersję wokalną, albo co gorsza koncertową.

Te klasyczne trójkowe dżingle z lat 1980-1982 to synth pop i nowa fala. Potem gust Niedźwieckiego poszedł raczej w stronę Whitney Houston, mój też ewoluował, ale nostalgię do synth popu z tej epoki zachowałem.

Syntezatory były wtedy analogowymi pudłami z mnóstwem pokręteł i możliwości konfiguracji. Za chwilę staną się standardowymi keyboardami, mogącymi grać piękne dźwięki, ale jednak z góry zaprojektowane przez fabrykę. A za kolejną chwilę, z eksperymentów Morodera wyjdzie zautomatyzowane umcyk-umcyk.

Tymczasem pionierzy elektronicznego popu nie tylko kręcili pokrętłami, ale też łączyli syntezatory z klasycznym instrumentarium, acz często przepuszczonym przez elektroniczne filtry. Dawało to ogromne bogactwo brzmień – echa, wybuchy, przestery, efekty taśmowe. Szybko to wyszło z mody, a w czasach cyfryzacji wszystkiego często jest to już niemożliwe do odtworzenia.

„She’s Got a Gun” brzmi jak muzyka filmowa – do czegoś, co wyświetla nam się w wyobraźni. Wersja z tekstem poszła tym skojarzeniem, dowiadujemy się nawet, że to „czarno biały francuski film z lat 50.”, potem poznajemy fabułę… no i super, ale dla mnie to jak dopowiedzenie dowcipu. Przecież i tak zawsze lepszy będzie film z wyobraźni.

Synthpopu z tamtej epoki świetnie się słuchało samemu w ciemnym pokoju, puszczając wodze wyobraźni. Nadal zresztą jest to miłe, o ile się ma ciemny pokój, analogowy sprzęt (z jego ciepłymi, staroświeckimi, dyskretnymi światełkami) i wyobraźnię. A może po prostu wtedy byłem w Odpowiednim Wieku, a teraz to już tylko Wspomnienia? Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”? A Wy Jak Myślicie?

Dwudziestolatka

Notkę pisaną z okazji dziesięciolecia bloga zakończyłem słowami: „O tym, co mnie czeka przez następne 10 lat, myślę już wyłącznie ze strachem. Zero nadziei (…) Niech Cthulhu ma nas w swojej opiece wobec tego, co mi i Wam szykują nadchodzące lata”. Był rok 2016 i początki tego, co dziś nazywamy „zepsuciem symulacji”.

Nie powiem, że przyszłość nadeszła gorsza niż w najgorszych oczekiwaniach, bo sam układałem sobie wtedy postapokaliptyczną powieść o pandemii. Nigdy jej oczywiście nie napiszę, skończyło się na jednym opowiadanku osadzonym w tym uniwersum.

Czułem też, że moja pożal-się-boże kariera w mediach dobiega końca, ale w życiu bym nie uwierzył, że już za 4 lata zostanę nauczycielem. W 2006 nie do pomyślenia było dla mnie z kolei, że za 5 lat zostanę działaczem związkowym. Strach pomyśleć, jakie niespodzianki życie szykuje mi koło 2031.

Część niespodzianek minionej dekady było dla mnie przyjemnych, nawet bardzo. Raz nawet stałem na scenie, z osłupieniem odbierając statuetkę, a potem dukałem improwizowane słowa podzięki. Żadnego spiczu sobie nie przygotowałem w przekonaniu, że jak zwykle skończy się na nominacji.

Parę razy zapraszano mnie też na iwenty bardziej masowe niż zwykle. Robiłem to co i tak lubię robić, czyli siedziałem na scenie i z kimś gadałem, ale zazwyczaj to się odbywa dla parunastu osób w jakiejś bibliotece. Kiedy wielotysięczna publiczność śmieje się z twoich żarcików albo bije ci brawo, to Jedna Z Najprzyjemniejszych Rzeczy W Życiu.

Swoje najważniejsze książki mam już raczej za sobą – więc już mnie więcej na taki iwent nie zaproszą. Skoro tak to lubię, to pewnie powinienem się proaktywnie sam wciskać, ale odziedziczyłem po rodzicach taką inteligencką pierdołowatość, „siedź w kącie aż znajdą cię”.

Dla moich rodziców słowa takie jak „karierowicz” czy „dorobkiewicz” były Najgorszymi Obelgami. Mieli taką postawę życiową jak „okularnicy” Osieckiej albo inteligenckie fujary w filmach Barei i Zanussiego. Wierzyli, że nie wypada się „rozpychać łokciami”, cenić komfort, gromadzić doczesne dobra, chwalić się, „przeć do przodu za wszelką cenę nie oglądając się na innych”. Należy być zadowolonym z tego co życie przynosi i nie grymasić („dzieci w Afryce głodują!”). PRL-owska literatura młodzieżowa też lansowała taką postawę („Pan Tomasz vs Waldemar Batura”, itd).

Czy znajdę wśród komcionautów Grupę Wsparcia? Czy wam też przekazano taki system wartości? Zwalczam to w sobie od 40 lat, ale generalnie nadal jestem ofermą, która czeka aż się ktoś zlituje i poprosi do tańca.

Spiking of łicz, w tej dekadzie odkryłem w sobie pasję winylowego didżeja. Czuję się oczywiście na to za stary, w sensie dosłownym – to cholernie CIĘŻKIE hobby. Kilkakrotnie zdarzyło mi się grać dla szerszej publiki i to też są rozkoszne momenty, gdy puściłeś floor fillera i to się okazało nie być wyświechtaną metaforą, albo gdy parkiet się zapełnił za wcześnie, bo myślałeś, że jeszcze nikt nie będzie tańczyć, więc puściłeś coś raczej nastrojowego (na przykład: „Luz blues” Urszuli, w jedynie słusznej wersji z siódemki), albo gdy publiczność wtóruje chórem (na przykład do „Take On Me” A-Ha), albo gdy zziajana osoba tancerska przychodzi zapytać, co to był za genialny kawałek przed chwilą (na przykład Martika, „I Feel the Earth Move”).

Trudno wyjaśnić, co w tym lubię. Sama czynność puszczenia płyty już mi sprawia przyjemność, której nie daje kliknięcie. Potem jest coś ekscytującego w wybieraniu następnej piosenki – jednym okiem patrzę na publiczność, drugim przeszukuję pudła z płytami, by podjąć w końcu decyzję, trafną lub nie, że może „My Sharona”, a może „Freed From Desire”. Mój format to „stare złote przeboje”, co w zasadzie wyklucza profesjonalne występy dla zarobku, ale starzy ludzie w moim wieku to lubią.

Z punktu widzenia blogowego, największe zmiany to migracja z bloxa na komercyjny serwer (2019), a potem uruchomienie crowdfundingu (2024). To pierwsze udało się dzięki nieocenionej pomocy kol. kol. V oraz S, a to drugie dzięku stu parudziesięciu sponsorom, którym kłaniam się bardzo nisko.

Jeszcze w 2020 zarzekałem się, że „nem nem soha”, bo to wszystko jest fundamentalnie sprzeczne z etosem inteligenckiego frajera. Żeby namawiać do wpłat, muszę przecież powiedzieć, że To Coś Bardzo Ważnego. A ja oczywiście pierwszy przyznam, że jestem nieważny. Świat ledwie by zauważył zniknięcie tego blogaska.

Mój jedyny nieśmiały argument jest taki, że niewiele mamy miejsc, w których lewica może sobie pogadać bez algorytmów Muska czy Zuckerberga. Oczywiście pod wieloma względami jestem od nich gorszy, ale pod innymi lepszy (na przykład można do mnie napisać maila z odwołaniem). Niczym Bernie Sanders z memów, ponownie więc zwracam się z żebraniem o wsparcie.

Jeżeli znacie inne takie miejsca, to dajcie znać. Sam bym tam chciał zaglądać. Mam wrażenie, że teraz wszędzie albo „zamknięty kanał na diskordzie”, albo jakiś wariant twitterowej nawalanki (z korpomoderacją i sponsoringiem kryptowalut). To nie te czasy, kiedy dyskusja u MRW przelewała się do Szpaka – któremu, nawiasem mówiąc, skasowali konto bez wyjaśnienia, co jest zabawną puentą do dyskusji sprzed lat że po co wam blogi, wystarczy fejs.

Czasami zastanawiam się, czemu mój blog przetrwał to Wielkie Wymieranie. Myślę, że zadziałały głównie dwa czynniki: dekadę temu ciągle z rozpędu jako-tako zarabiałem w korpo, więc nie przerażało mnie płacenie za serwer, poza tym dzieci się usamodzielniły i miałem nadwyżkę wolnego czasu.

A poza tym wtedy jeszcze ciągle miałem nadzieję na Sukces i marzyłem, że obwieszczę go Właśnie Tu. Sam się teraz z tego śmieję, ale nie uwierzylibyście, jak blisko to było. Jak w piosence o deszczu w Kalifornii! Oh that talk of opportunities… Byli już jacyś zainteresowani reżyserzy, producenci, wydawcy, tłumacze, nawet zrobiono concept art do projektu serialu albo próbny przekład paru stron.

Rozsypywało się to z różnych powodów, często tragikomicznych. Niestety nie mogę o tym pisać, martwe projekty z zasady pozostają w sekrecie. Ale każdy taki zgon to pyszna anegdota. Raz już było blisko, ale wszystko przekreśliła wygrana „naszych” w 2023 (nie że ja coś miałem robić z Pisem, odwrotnie, ktoś inny dostał ciekawszą ofertę od nowej władzy). Oczywiście niczego nie żałuję, rien de rien, wolę być przegrywem w Unii niż wygrywem w Polexicie.

Cóż, na koniec sobie i Państwu życzę ponownego spotkania na trzydziestej rocznicy. Moje plany „gdzie się widzisz za 10 lat” to „na emeryturze”, ale wielu miało takie plany w 1938. A nie mogę się oprzeć wrażeniu, że żyjemy w podobnej epoce.

Lutuj go mocniej, lutuj!

Rozłam w PiS to dla mnie bodajże najradośniejsza wiadomość ostatnich miesięcy (bardziej ucieszę się chyba tylko z Jednego Z Trzech Nekrologów). Za wcześnie by mówić o końcu duopolu PO-PiS, ale wybory 2027 zapewne będą bardziej spluralizowane niż te z ostatnich kilkunastu lat.

Kiedyś prezessimus Kaczyński sprawował absolutny rząd na prawicy dzięki szmalcowi, który udało się zachachmęcić podczas rozkradania majątku RSW. Jak pisałem 16 lat temu, te pieniądze sprawiały, że każdy rozłamowiec albo wracał z podkulonym ogonem, albo przepadał.

Morawiecki, upasiony na banksterskich apanażach, dotuczony działeczkami od biskupów, znetworkowany z biznesmenami, którym załatwiał rządowe kontrakty, jest wreszcie graczem tej samej kategorii wagowej. Może założyć własne medium (oczywiście wiem, że dziś nie chodzi o tradycyjne media, tylko o sprzedajnych influencerów, to był taki synek Docha).

Premierem nie zostanie, ale może namieszać, być może nawet przekroczyć próg. W przyszłorocznych wyborach będziemy mieć więc prawicę rozbitą na co najmniej cztery partie, każda z szansą na wejście – dwa Pisy i dwie Konfederacje! A kto wie, czy tego nie przybędzie.

Gdyby obóz, który nazwałbym tu roboczo „antysutenerskim”, wystawił jedną listę – mógłby zgarnąć sporą premię od monsieur d’Hondta. ALE jednak zapewne nie taką, żeby wystarczyło na 231 mandatów, więc tak czy siak, czeka nas zapewne jakaś forma rządów maślarsko-braunowych.

Bawiłem się trochę symulowanymi rozkładami głosów w różnych wariantach. Nie będę tu wklejał wyników, bo nie był to żaden sondaż, po prostu próba zobaczenia, co zmienia odpadnięcie hipotetycznie sześcioprocentowego kawałka od obecnego PiS.

Ogólnie – niewiele. Polski system wyborczy, przypominam, poza ustawowym progiem ma też w większości okręgów znacznie wyższy próg efektywny. Żeby zdobyć mandat w okręgu dziewięciomandatowym, pięć procent to za mało.

Historycznie ułożyła to pod siebie koalicja PO-PSL w 2011. Wydawało się, że betonują tym dla siebie poparcie na wieki wieków, bo te małe okręgi były bastionami PSL, a w miastach rządziła Platforma. PiS ich, jak wiadomo, wykiwał przechwytując wieś z rąk PSL, wtedy w miastach wystarczało im solidne drugie miejsce, żeby razem mieć 231.

Teraz ten układ już przestał działać, wyłania się za to wielka trójka: KO, PiS (okaleczony, ale nadal najsilniejszy na prawicy) i Konfederacja. Miejsce niby trzecie, ale tak naprawdę równe pozostałym dwóm – Mentzen bowiem wyjdzie na kingmakera, który może koalicję zaproponować Tuskowi albo Kaczyńskiemu.

Jego pierwszym wyborem będzie zapewne Kaczyński, to będzie także oczywiście wybór pana prezydenta, powstanie więc zapewne rząd PiS-Konf – którego od dawna się obawiam. Groźba dyktatury o tyle jednak się odsuwa, że dyktatura wymaga parlamentu zmienionego w maszynkę do głosowania, jak w czasach 2015-2023. Owszem, historia uczy nas, że dyktatury często przez pierwsze parę miesięcy mają szczątkowy koalicyjny pluralizm. Lenin do marca 1918 rządził razem z lewicowymi eserowcami, Hitler do czerwca 1933 współrządził z volkistami, Węgrzy resztki pluralizmu mieli nawet do 1944.

Jeśli Mentzen ma odrobinę instynktu samozachowawczego, nie pozwoli się całkowicie zdominować partnerowi koalicyjnemu. W kryształowej kuli (TM) widzę więc rządy wybuchowe i niestabilne, pełne oskarżeń, przecieków do opozycyjnych mediów i gróźb zerwania koalicji. I – być może – przedterminowe wybory. Cóż, lepsze to od dyktatury.

To już tym razem nie jest notka o partii Razem, bo lewica w całej tej układance wydaje się mało istotna. Razem do Sejmu nie wejdzie, a jeśli nawet wejdzie, to będzie tak jak teraz – kilka osób będzie się kompromitować na świeczniku, uda im się załatwić zero spraw. Czarzasty pod jakimś szyldem wprowadzi pewnie ze dwudziestkę, ale to będą statyści. Oby małomówni, by się mniej kompromitować.

Nie widzę więc powodów do wielkiej radości, raczej do wołania „LUTUJ GO MOCNIEJ LUTUJ!”, kiedy maślarze walczą z harcerzami, a brauniści z memcenowcami. To nie jest nasza wojna, nikt tam nie ma racji, nikt tam nie zasługuje na poparcie. To alien versus predator, whoever wins, we lose (as always).

Kalafior bezwitaminowy

Od dziecka w kółko słyszymy, że tego nie wolno, a tamto trzeba. Trzeba rano wstawać do szkoły, trzeba zjadać warzywka, nie można zjeść lodów zamiast obiadu. Z wiekiem robi się coraz gorzej: trzeba płacić podatki i składki; ograniczać cholesterol, kalorie i promile; unikać windy bo schody zdrowsze. Wszyscy odczuwamy jakiś wariant marzenia, które kiedyś narysował mistrz Mleczko, że naukowiec mówi do kolegów „głupia sprawa, okazało się że wóda i papierochy są zdrowe”.

W polityce to marzenie objawia się pod postacią populizmu. Populista obiecuje recepty proste i bezbolesne. Nie trzeba podnosić podatków, wystarczy „pogonić tych złodziei” i zaraz na wszystko się znajdzie. Nie trzeba zwiększać wydatków na zdrowie, wystarczy powstrzymać koncerny trujące nas złym żarciem oraz obniżyć lekarzom zarobki. Nie trzeba się martwić klimatem, bo karczmy na Bałtyku, a poza tym co złego w ciepełku. Nie trzeba reformować sądownictwa, wystarczy wyrzucić komuchów i zastąpić ich pisiorami, i tak dalej.

Gdy populiści tak mówią, odwołują się do tych samych ośrodków w mózgu, które nam w dzieciństwie mówiły „co z tego że jutro klasówka, jest tyle przyjemniejszych rzeczy od nauki”. To dlatego w pakiecie często razem z „obniżmy podatki!”, idą teorie dietetyczne typu „samiec alfa je tylko mięcho”, porady karierowe „po co ci szkoła, i bez niej możesz walczyć w klatce, inwestować w krypto i mieć kanał na jutubie” oraz lekceważąco-przyzwalające podejście do uzależnień.

Obserwując prawicową blogosferę od lat, znam pewnego autora, który propagował teorię spiskową, że lekarze ukrywają przed nami że cholesterol jest tak naprawdę bardzo zdrowy, im wyższy tym lepszy. Nie wiem czy jeszcze żyje.

Stąd słynna „teoria podkowy”, że prawicowy i lewicowy populizm spotykają się. Każdy populizm odwołuje się do tego dziecka, które kiedyś grymasiło, że nie chce dokończyć surówki.

Mówiąc bardziej precyzyjnie, metafora dziecka opisuje pragnienie natychmiastowej gratyfikacji. W typowym scenariuszu z wiekiem powinniśmy nabywać umiejętność opanowania tego pragnienia, w praktyce u różnych ludzi bywa z tym różnie, zwłaszcza jak dojdą nasze ulubione orzeczenia, opinie, spektrumy i dys-cośtamie.
To jest, wbrew pozorom, kolejna notka o partii Razem. Ich pomysł na przechwycenie elektoratu Konfederacji jest skazany na porażkę, podobnie jak wszystkie poprzednie próby przechwytywania populistycznych wyborców w stylu „my też jesteśmy za JOW-ami i przeciw Ukraińcom”.

Socjaldemokratyczna polityka od zawsze jest polityką ekspercką. W XIX wieku jeszcze kiedy w Niemczech obowiązywały zakazy działalności socjalistycznej, pojawiło się zjawisko „Kathedersozialismus” – akademickich badaczy społecznych przyznających że Marks jednak odwalił kawał solidnego riserczu. A eksperci mają niestety to do siebie, że często mówią nam przykre rzeczy: a to każą ograniczać emisję CO2, a to spożycie trans nienasyconych kwasów tłuszczowych. Jak się ich słucha, to nic tylko się upić (ale też zabraniają).

Dla wyborców Memcena Zandberg nigdy nie będzie równie atrakcyjny. Nie poczęstuje ich piwem ani karkówką z grilla, nie będzie im prezentować prostych i bezbolesnych recept. „Ja też nienawidzę Tuska!” to za mało. Te jego „szachy 5D”, że se tak nagle przypomniał o potępieniu UPA albo że nie bronił Memcena broniąc Memcena, są dla tego elektoratu niezrozumiałe. Dla mnie zresztą też nie, to jakaś wódka bezalkoholowa czy raczej brokuły bezwitaminowe.

Można być oczywiście populistą lewicowym i mamy takich garstkę w Polsce. Remigiusz Okraska, jak pamiętamy, kiedyś lansował teorię, że rozmaite choroby można leczyć moczem, ale Big Pharma to przed nami ukrywa. Na Zachodzie mamy zaś głupków w rodzaju Hasana Pikera z wujem, George’a Gallowaya, Chrisa Hedgesa, Jacksona Hinkle’a, Caleba Maupina czy Jean-Luka Melenchona (część z nich oczywiście symuluje głupotę za rubelki, ale mocz i kał wychodzi jednaki).

Zatem można, tylko po co? Dla mnie taka lewica nie jest „mniejszym złem”. Już wolę centroprawicę przynajmniej nominalnie akceptującą akademicki konsensus (którego częścią od 150 lat jest „Kathedersozialismus”), od lewicy pieprzniętej w czaszeczkę – denializującej klimat i Gułag, nawołującej do ludobójstwa i wybielającej trzecioświatowych dyktatorów. I oczywiście popierającej Putina. Stąd i cała „podkowa” zresztą: po prostu czy ktoś jest populistą lewicowym czy prawicowym, faktury mu rozlicza ta sama Simonyan.

Obawiam się, że Razem po nieudanej próbie budowania socjaldemokracji w stylu nordyckim postanowiło porzucić te marzenia i idą w kierunku „lewicy MAGA”. Chciałbym się mylić, ale te dziwne głosowania w Sejmie i wypowiedzi liderów zabijają we mnie resztki nadziei.

O Palestynie

Skoro vox comentatori chce rozmowy o Palestynie, bo zrobiła się pod dwiema różnymi notkami – no dobrze, miejmy ją. Ostatecznie jesteśmy think tankiem do kurczęcia bladego.

Unikałem tego tematu, bo przyciąga entuzjastów ludobójstwa. Są ludzie, którym nie przeszłoby przez klawiaturę hasło typu „wymordować wszystkich Flamandów”, którzy jednak nie widzą problemu nawoływaniu do zabijania Palestyńczyków czy Żydów. Przy czym pomysły typu „from the river to the sea” albo „Elon i Bibi opalają się w cieniu złotego posągu Trumpa na gruzach Gazy”, to wezwanie do ludobójstwa ipso facto. W obu wypadkach trzeba by najpierw wymordować populację, bo ona dobrowolnie stamtąd nie pójdzie, nie ma zresztą dokąd.

Moje stanowisko to tradycyjnie stanowisko oldskulowo liberalno-legalistyczne. Jestem za przestrzeganiem prawa międzynarodowego (Netaniahu do Hagi!), ale także za zwalczaniem nawoływania do zbrodni. Dlatego tu mi kaktus nim będę współczuć aresztowanym albo niewpuszczonym do Anglii typkom w rodzaju podkastowego duetu „wuj i siostrzeniec”.

Moje stanowisko nie jest w pełni symetryczne, bowiem prawo międzynarodowe też asymetrycznie traktuje okupanta i okupowanego. Izraelskie „tak naprawdę nikogo nie okupujemy” uważam za głupsze od rosyjskiego, jednym i drugim odpowiedziałbym „w Hadze się tak tłumaczcie”. Dlatego gdybym np. musiał zająć stanowisko, na przykład wpłacając stówę jakiejś organizacji pomagającej na Bliskim Wschodzie, wpłaciłbym oczywiście na pomoc Palestynie.

Niestety, zaroiło się ostatnio od głosów nominalnie „w obronie Gazy”, ale tak naprawdę w poparciu dla Brauna, albo wręcz Putina. Na Zachodzie „precz z Izraelem!” to typowe zawołanie bojowe tamtejszych onuc, w rodzaju Greenwalda, Hinkla czy wspomnianego Hasanabiego z wujem. Wolałbym nie mieć z takimi typkami nic do czynienia.

Wszystkich komcionautów jednak przestrzegam przed uproszczoną narracją typu „zaczęli ci albo tamci”. Przedstawię tu swoją wersję – do dyskusji, bo żaden ze mnie orientalista.
Jako Polak łatwo empatyzuję z obiema stronami, rozumiem bowiem cierpienie „narodu bez państwa”. Arabowie trochę tak jak my byli go pozbawieni przez stulecia, ale tak jak my mieli na tyle potężną kulturę, że przetrwali stulecia opresji.

Pierwsza światówka przyniosła rozpady kilku absolutystycznych imperiów, będących „więzieniami narodów”. O ile jednak my w Europie zdobyliśmy w ten sposób w pełni niepodległe państwa, Arabów oszukano. Brytyjczycy obiecywali im, że jeśli zrobią antyosmańskie powstanie, dostaną arabskie królestwo „od Adenu po Aleppo”. Zamiast tego zostali poszatkowani na państwa niepodległe na papierze oraz terytoria mandatowe Ligi Narodów, nawet bez takiego papieru. Do tego nagle się okazało w 1917, że część terytorium mają oddać przyszłemu Izraelowi.

Terytoriom mandatowym przyświecała zacna (w teorii) idea, że niektóre obszary mają zbyt niski poziom rozwoju społeczeństwa, żeby się same zarządzać. Mandatariusze mieli występować w roli bezinteresownych powierników, którzy będą je rozwijać by w nieokreślonej przyszłości przekazać klucze do pałacu królewskiego prawowitemu władcy.

W praktyce był to taki sam kolonializm jak zwykle, z jego paskudnymi skutkami ubocznymi. Władze kolonialne, pardon, powiernicze rozgrywały grupy ludności przeciw sobie, jednych faworyzując, drugich szykanując. Te grupy często też wpadały na pomysł, żeby wymordować „tych drugich” zanim oni zdążą wymordować „nas”. A władze mandatowe miały dość własnych zmartwień na głowie, żeby jeszcze się martwić jakimiś druzami.

Dlatego pytanie „kto zaczął” nie ma sensu. Jeden komcionauta wiązał to z tym, że Arabowie w 1947 zareagowali wojną na utworzenie Izraela. Ale przecież ta wojna JUŻ TRWAŁA! To nie jest tak, że wszyscy w Palestynie żyli w pokoju, aż tu nagle powstaje Izrael, więc Arabowie chwycili za broń. W 1948 po prostu wojna domowa (trwająca już od pewnego czasu) przekształciła się w wojnę międzypaństwową.

Tragiczna historia Arabów sprawiła, że weszli w XX wiek nie mając idei spajającej ich ponad zaborami, którą mimo wszystko w 1918 mieliśmy my. Nie był nią wbrew pozorom islam, bo zawsze było wielu maronitów, alawitów, druzów i po prostu ateistów. Broniłbym więc zdradzieckiego Zachodu o tyle, że gdyby nawet to arabskie królestwo od Adenu po Aleppo powstało, to od razu by się rozpadło ze względu na różnice między Adenem i Aleppo (a jakby jeszcze dodać Kair, Rijad i Trypolis, to mamy wojnę domową w formacie „każdy z każdym”).

Syjoniści też mieli (i mają) swoje podziały. W młodości wstrząsnęło mną gdy przeczytałem, że wybuch Powstania w Getcie był opóźniony przez to, że ŻOB i ŻZW (odzwierciedlające podział Ben Gurion / Żabotyński), nie były się w stanie dogadać w najprostszych kwestiach. To była wrogość na poziomie Ludowy Front Wyzwolenia Judei kontra Front Wyzwolenia Ludu Judei.

Wszyscy syjoności zgadzali się jednak (z definicji) co do samej potrzeby istnienia państwa Izrael. W sprawie Palestyny po stronie arabskiej długo nie było zgody nawet co do tego. Stanowisko Egiptu, Libanu, Syrii i Jordanii sprowadza się do „niech sobie może i istnieje, byle nie naszym kosztem”. Co przez dłuższy czas de facto oznaczało „a niech se nie istnieje, co nas to w’ogle” (a i dzisiaj nie jest to bardzo radykalna nadinterpretacja).

Gdy więc w tym kontekście mówimy „Arabowie zrobili to czy tamto”, jest to uproszczenie prowadzące na manowce. Mówienie „Izrael zrobił to czy tamto” takim uproszczeniem nie jest, bo Izrael ma osobowość prawną i centrum decyzyjne.

Oczywiście, państwom arabskim i Iranowi można dużo zarzucić i nie zwalniam ich z odpowiedzialności. Jako lewak uważam jednak, że prymat powinien mieć dla nas dyskurs humanitarny – empatia wobec kogoś uwięzionego w Gazie, na Zachodnim Brzegu, albo w Libanie czy w Syrii, w ramach coraz bardziej drapieżnych izraelskich podbojów.

To nie jest wina tego kogoś, że państwo, w którym jego pradziadek płacił podatki, przestało istnieć i zastąpił je najpierw nieuczciwy „mandatariusz”, a potem okupant albo słabe i skorumpowane państwo (post)kolonialne. Albo i jedno i drugie. Ten ktoś zasługuje na naszą pomoc. Nie mamy nawet moralnego prawa powiedzieć, że nie mamy z tym nic wspólnego, armia Andersa przecież była m.in. częścią imperium brytyjskiego w Palestynie.

Czasem zastanawiam się czemu los tak okrutnie potraktował Arabów w XX wieku, bo to przecież wygląda na jakąś klątwę od Maghrebu po „Aden i Aleppo”. Wydaje mi się, że to skrajna ilustracja tezy, że w dyplomacji networking przebija wszystko.

Dzisiejsze granice wielu państw rodziły się w salonach Paryża w roku 1918. Dobry networking sprawiał, że państwa nieistniejące (jak Polska, Jugosławia czy Czechosłowacja) miewały tam większą siłę przebicia od państw istniejących (jak Węgry). Networking Arabów sprowadzał się zaś do jednego kolesia, T.E. Lawrence’a. Tylko że nawet gdyby mieli Talleyranda z Makiawelem, przecież nie przebiliby w Paryżu i w Londynie networkingu Anglików i Francuzów, którzy zobaczyli w rozbieraniu imperium osmańskiego świetną okazję na zyskanie nowych kolonii za bezcen.

A Wy Jak Myślicie?