O Palestynie

Skoro vox comentatori chce rozmowy o Palestynie, bo zrobiła się pod dwiema różnymi notkami – no dobrze, miejmy ją. Ostatecznie jesteśmy think tankiem do kurczęcia bladego.

Unikałem tego tematu, bo przyciąga entuzjastów ludobójstwa. Są ludzie, którym nie przeszłoby przez klawiaturę hasło typu „wymordować wszystkich Flamandów”, którzy jednak nie widzą problemu nawoływaniu do zabijania Palestyńczyków czy Żydów. Przy czym pomysły typu „from the river to the sea” albo „Elon i Bibi opalają się w cieniu złotego posągu Trumpa na gruzach Gazy”, to wezwanie do ludobójstwa ipso facto. W obu wypadkach trzeba by najpierw wymordować populację, bo ona dobrowolnie stamtąd nie pójdzie, nie ma zresztą dokąd.

Moje stanowisko to tradycyjnie stanowisko oldskulowo liberalno-legalistyczne. Jestem za przestrzeganiem prawa międzynarodowego (Netaniahu do Hagi!), ale także za zwalczaniem nawoływania do zbrodni. Dlatego tu mi kaktus nim będę współczuć aresztowanym albo niewpuszczonym do Anglii typkom w rodzaju podkastowego duetu „wuj i siostrzeniec”.

Moje stanowisko nie jest w pełni symetryczne, bowiem prawo międzynarodowe też asymetrycznie traktuje okupanta i okupowanego. Izraelskie „tak naprawdę nikogo nie okupujemy” uważam za głupsze od rosyjskiego, jednym i drugim odpowiedziałbym „w Hadze się tak tłumaczcie”. Dlatego gdybym np. musiał zająć stanowisko, na przykład wpłacając stówę jakiejś organizacji pomagającej na Bliskim Wschodzie, wpłaciłbym oczywiście na pomoc Palestynie.

Niestety, zaroiło się ostatnio od głosów nominalnie „w obronie Gazy”, ale tak naprawdę w poparciu dla Brauna, albo wręcz Putina. Na Zachodzie „precz z Izraelem!” to typowe zawołanie bojowe tamtejszych onuc, w rodzaju Greenwalda, Hinkla czy wspomnianego Hasanabiego z wujem. Wolałbym nie mieć z takimi typkami nic do czynienia.

Wszystkich komcionautów jednak przestrzegam przed uproszczoną narracją typu „zaczęli ci albo tamci”. Przedstawię tu swoją wersję – do dyskusji, bo żaden ze mnie orientalista.
Jako Polak łatwo empatyzuję z obiema stronami, rozumiem bowiem cierpienie „narodu bez państwa”. Arabowie trochę tak jak my byli go pozbawieni przez stulecia, ale tak jak my mieli na tyle potężną kulturę, że przetrwali stulecia opresji.

Pierwsza światówka przyniosła rozpady kilku absolutystycznych imperiów, będących „więzieniami narodów”. O ile jednak my w Europie zdobyliśmy w ten sposób w pełni niepodległe państwa, Arabów oszukano. Brytyjczycy obiecywali im, że jeśli zrobią antyosmańskie powstanie, dostaną arabskie królestwo „od Adenu po Aleppo”. Zamiast tego zostali poszatkowani na państwa niepodległe na papierze oraz terytoria mandatowe Ligi Narodów, nawet bez takiego papieru. Do tego nagle się okazało w 1917, że część terytorium mają oddać przyszłemu Izraelowi.

Terytoriom mandatowym przyświecała zacna (w teorii) idea, że niektóre obszary mają zbyt niski poziom rozwoju społeczeństwa, żeby się same zarządzać. Mandatariusze mieli występować w roli bezinteresownych powierników, którzy będą je rozwijać by w nieokreślonej przyszłości przekazać klucze do pałacu królewskiego prawowitemu władcy.

W praktyce był to taki sam kolonializm jak zwykle, z jego paskudnymi skutkami ubocznymi. Władze kolonialne, pardon, powiernicze rozgrywały grupy ludności przeciw sobie, jednych faworyzując, drugich szykanując. Te grupy często też wpadały na pomysł, żeby wymordować „tych drugich” zanim oni zdążą wymordować „nas”. A władze mandatowe miały dość własnych zmartwień na głowie, żeby jeszcze się martwić jakimiś druzami.

Dlatego pytanie „kto zaczął” nie ma sensu. Jeden komcionauta wiązał to z tym, że Arabowie w 1947 zareagowali wojną na utworzenie Izraela. Ale przecież ta wojna JUŻ TRWAŁA! To nie jest tak, że wszyscy w Palestynie żyli w pokoju, aż tu nagle powstaje Izrael, więc Arabowie chwycili za broń. W 1948 po prostu wojna domowa (trwająca już od pewnego czasu) przekształciła się w wojnę międzypaństwową.

Tragiczna historia Arabów sprawiła, że weszli w XX wiek nie mając idei spajającej ich ponad zaborami, którą mimo wszystko w 1918 mieliśmy my. Nie był nią wbrew pozorom islam, bo zawsze było wielu maronitów, alawitów, druzów i po prostu ateistów. Broniłbym więc zdradzieckiego Zachodu o tyle, że gdyby nawet to arabskie królestwo od Adenu po Aleppo powstało, to od razu by się rozpadło ze względu na różnice między Adenem i Aleppo (a jakby jeszcze dodać Kair, Rijad i Trypolis, to mamy wojnę domową w formacie „każdy z każdym”).

Syjoniści też mieli (i mają) swoje podziały. W młodości wstrząsnęło mną gdy przeczytałem, że wybuch Powstania w Getcie był opóźniony przez to, że ŻOB i ŻZW (odzwierciedlające podział Ben Gurion / Żabotyński), nie były się w stanie dogadać w najprostszych kwestiach. To była wrogość na poziomie Ludowy Front Wyzwolenia Judei kontra Front Wyzwolenia Ludu Judei.

Wszyscy syjoności zgadzali się jednak (z definicji) co do samej potrzeby istnienia państwa Izrael. W sprawie Palestyny po stronie arabskiej długo nie było zgody nawet co do tego. Stanowisko Egiptu, Libanu, Syrii i Jordanii sprowadza się do „niech sobie może i istnieje, byle nie naszym kosztem”. Co przez dłuższy czas de facto oznaczało „a niech se nie istnieje, co nas to w’ogle” (a i dzisiaj nie jest to bardzo radykalna nadinterpretacja).

Gdy więc w tym kontekście mówimy „Arabowie zrobili to czy tamto”, jest to uproszczenie prowadzące na manowce. Mówienie „Izrael zrobił to czy tamto” takim uproszczeniem nie jest, bo Izrael ma osobowość prawną i centrum decyzyjne.

Oczywiście, państwom arabskim i Iranowi można dużo zarzucić i nie zwalniam ich z odpowiedzialności. Jako lewak uważam jednak, że prymat powinien mieć dla nas dyskurs humanitarny – empatia wobec kogoś uwięzionego w Gazie, na Zachodnim Brzegu, albo w Libanie czy w Syrii, w ramach coraz bardziej drapieżnych izraelskich podbojów.

To nie jest wina tego kogoś, że państwo, w którym jego pradziadek płacił podatki, przestało istnieć i zastąpił je najpierw nieuczciwy „mandatariusz”, a potem okupant albo słabe i skorumpowane państwo (post)kolonialne. Albo i jedno i drugie. Ten ktoś zasługuje na naszą pomoc. Nie mamy nawet moralnego prawa powiedzieć, że nie mamy z tym nic wspólnego, armia Andersa przecież była m.in. częścią imperium brytyjskiego w Palestynie.

Czasem zastanawiam się czemu los tak okrutnie potraktował Arabów w XX wieku, bo to przecież wygląda na jakąś klątwę od Maghrebu po „Aden i Aleppo”. Wydaje mi się, że to skrajna ilustracja tezy, że w dyplomacji networking przebija wszystko.

Dzisiejsze granice wielu państw rodziły się w salonach Paryża w roku 1918. Dobry networking sprawiał, że państwa nieistniejące (jak Polska, Jugosławia czy Czechosłowacja) miewały tam większą siłę przebicia od państw istniejących (jak Węgry). Networking Arabów sprowadzał się zaś do jednego kolesia, T.E. Lawrence’a. Tylko że nawet gdyby mieli Talleyranda z Makiawelem, przecież nie przebiliby w Paryżu i w Londynie networkingu Anglików i Francuzów, którzy zobaczyli w rozbieraniu imperium osmańskiego świetną okazję na zyskanie nowych kolonii za bezcen.

A Wy Jak Myślicie?

Mobka

"Mobka. Aktiabr. 1,2 mln cziełowiek" - twierdzi milbloger Romanow

Ponieważ i tak nie mogę o niczym innym myśleć, wróćmy do naszych flamingów. Wśród rosyjskich blogerów krąży uporczywa plotka o kolejnej mobilizacji, którą Putin ogłosi jesienią – zaraz po wyborach do Dumy. Według Romanowa, w październiku ma to dać 1,2 miliona poborowych.

Czy w to wierzę? Tak i nie. Oczywiście, 1,2 miliona nie uda się na pewno. Ale zgodnie z zasadą Suworowa, wszelkie rosyjskie wojskowe statystyki należy dzielić przez 3. Bo na przykład jeśli dywizja ma trzy pułki, to ten trzeci stworzono tylko na papierze, jako rezerwę do utworzenia w którymś tam roku do wojny co to ma być o pokój. Do drugiego dają najgorszych pijaków, dają im też czołgi nie na chodzie, żeby nie narobili dużo szkód. Więc tak naprawdę, to mają jeden. On się z kolei składa z trzech batalionów…

Zatem zakładając nawet, że tak realnie będzie to 400k, to może oznaczać kolejne odwrócenie dynamiki frontu. Ówczesna mobilizacja była mimo wszystko udana. Po wyzwoleniu Chersonia wielu z nas (w tym ja, nie będę się wypierać) miało nadzieje na Crimean Summer Beach Party. Tymczasem w 2023 rosyjski ślimak znów zaczął pełznąć do przodu.

Putin uważa tamtą decyzję za udaną, więc ją powtórzy. O tym jestem Przekonany (TM). Oczywiście, z tym mikro-zastrzeżeniem, że to wszystko pod warunkiem, że go nie obalą jeszcze tego lata. Ale nie obstawiałbym niestety takiej opcji na Polymarkecie (czy jest w ogóle jakiś serwis tego typu, ale bez kryptowalut? czasami Naprawdę Głęboko Wierzę w swoje prognozy i chciałbym to monetyzować).

Rozważmy więc dla odmiany scenariusz pesymistyczny. Lato będzie ciężkie dla Rosjan – to chyba nawet największy pesymista nam przyzna. Ale jakoś przetrwają. Nabiulina pozatyka wszystkie dziury sztabami złota, bo coś tam im jeszcze przecież zostało. Benzynę kupią z Indii, żywność z Chin. Jakoś dotrwają do października. Co wtedy?

Moim zdaniem, tym razem nie rzucą tych mobików na front. To nie miałoby sensu. Ukraińskie drony średniego zasięgu skutecznie niszczą ruchome cele wojskowe do 100 km od frontu, więc nawet jeśli wyślą tych poborowych na piechotę, to większość nie dojdzie.

Bardzo serdecznie zapraszam więc do przedyskutowania umiarkowanie pesymistycznego scenariusza eskalacji. O ile kompletnie nie wierzę w rosyjskie atomówki (raz, że nie wierzę że działają; dwa że Chiny sobie nie życzą; trzy że wiatr wieje na wschód; cztery że reakcja NATO byłaby dewastująca; pięć że oligarchowie chcą wrócić do Courchevel…), traktuję jako umiarkowanie realny scenariusz ataku na kraje bałtyckie.

To nie wymagałoby wiele. Rosja nadal ma wystarczająco dużo zwykłych kałachów (a jak nie ma, to dokupi w Chinach). Wyobrażam sobie dwieście tysięcy mobików ruszających szeroką tyralierą z okrzykiem „uraaa”, jak w starych filmach. Mogą dojść do linii Dorpat-Dyneburg, zanim NATO ogarnie obronę i ich zatrzyma. I wtedy Putin składa ofertę – wycofamy się, ale w zamian za wstrzymanie wszelkiej pomocy dla Ukrainy.

Zakładam, że NATO ją odrzuci. Ale czy mam rację? Oraz, co tutaj jest kluczowe, czy Putin wierzy w NATO?

Cała ta dziwaczna historia z „duchem Ankorydża” sugeruje raczej, że on wyobraża sobie NATO na wzór Układu Warszawskiego, że jak Trump nam coś rozkaże, to my wykonamy. A Trump pewnie rzeczywiście ma nas gdzieś, musielibyśmy sami „ginąć za Rygę”.

Wierzę, że dalibyśmy sobie radę bez Amerykanów. Ale w 2027 będzie trochę ważnych wyborów (w tym w Polsce). U nas już od pewnego czasu kampania przebiega pod znakiem licytowania się na antyukraińskość. Niejeden europejski premier może mieć pokusę startowania w wyborach jako godny następca Chamberlaina, który przywiózł z Moskwy „pokój naszych czasów”.

Ze względu na notoryczną niezdolność demokracji do działań prewencyjnych, Rosja by budowała tą swoją „Armię Północ” przez jakiś tydzień całkowicie bezkarnie. Pieskow by zapewniał, że to tylko ćwiczenia, Nawrocki by wołał, by się nie dać sprowokować, Tusk by się ociągał z wysłaniem wojska. Nie udałoby się orków zatrzymać na samej granicy, zdążyliby wziąć paręset tysięcy cywilów jako zakładników.

A Wy Jak Myślicie? Żeby skalibrować dodam, że moje prognozy są takie, że raczej nie wierzę, żeby Putin się na to zdecydował, ale uważam to za realne. Zasadniczy argument jest taki, że nie widzę innej opcji dla niego. Przecież to niemożliwe, żeby na serio wierzył w 15 termin zajęcia Donbasu.

Gdyby doszło do takiej eskalacji uważam też, że NATO jednak stanie na wysokości zadania. I zamiast Crimean Beach Party będziemy mieć degustację serów w Tylży oraz polsko-litewskie spotkania filozoficzne na grobie Immanuela Kanta. Ale Putin może kalkulować inaczej.

„Ich bin von Schleicher!”

Będzie to notka clickbaitowo-polityczna, z gatunku „a wy jak myślicie?”. Liczę na to, że za sprawą moderacji na moim blogu będzie możliwe spokojne wyjaśnienie dręczącego mnie pytania. Oczywiście, gdyby to był filmik na jutubie, powinienem teraz wrzasnąć „what the fokk is wrong with you people”, ale NAPRAWDĘ zależy mi na spokojnej rozmowie.

Jak już pisałem, obserwuję z rozpaczą kurs przyjęty przez Razem. Przy obronie immunitetu Ziobry towarzyszyła temu argumentacja, której nie podzielałem, ale chociaż ją rozumiałem („że powinien rozstrzygnąć sąd” – super, zgadzam się, ale do tego trzeba zdjąć immunitet).

Niedawne głosowanie w obronie immunitetu Mentzena nie miało już żadnego uzasadnienia. Poseł Konieczny wypowiedział się tylko na Twittere, że odpalenie racy to „kompletna pierdoła”. To teraz zamiast sądu ma wystarczyć widzimisię Koniecznego?

Tenże Konieczny poparł Nawrockiego w sprawie orderowej. Jak można to popierać? Jasne, ukraińska jednostka dokonała niefortunnego wyboru nazwy, ale nasz bokser-kibol swoimi wygłupami niczego nie osiągnął, poza zrujnowaniem dobrych relacji. Dał prezent Putinowi. To Koniecznemu nie przeszkadza?

Mam wrażenie, że partia Razem próbuje zrobić ten sam błąd, który politycznie zniszczył Komorowskiego i Trzaskowskiego: próbę zdobycia elektoratu Brauna (a wcześniej Kukiza). Patrzcie, my też mamy brunatne ślady na bieliźnie!

Kochani razemici, to się nie może udać. Ci ludzie i tak na was nie zagłosują. Raz, że dostają piany na hasło „lewactwo”. Dwa, że żeby do nich dotrzeć, trzeba powielać ich ukochane teorie spiskowe: chemtrails, pizzagate, biolabs, white replacement, feminazistki, 55 płci, fałszywa plandemia, iluminaci w Davos chcą nas zaczipować (itd.). Wy tak nie umiecie (ja też nie).

Jeśli ktoś zechce mi wyjaśnić bieżącą linię partii, będzie mi miło. Tylko ponownie proszę o unikanie Twitterowego stylu „milcz przeklęty libku”. Jak tych wypowiedzi i decyzji posła Koniecznego broniłby ktoś, komu się podobają? Wyglądają na reprezentatywne dla linii całej partii.

To pytanie numer jeden. Płynnie przechodzimy do pytanie numer dwa. Czy naprawdę nie boicie się rządów PiS/Konfederacji po 2027? Tylko znów proszę o poważną rozmowę.

Uważam Tuska za mniejsze zło. Tylko tyle i aż tyle. Wszystkie problemy związane z Platformą (że kradną, że olewają konsultacje itd.), za rządów PiS wyglądają równie źle, jeśli nie gorzej. Ale DODATKOWO rządy PiS oznaczają tworzenie bojówek, którym władza wykonawcza będzie gwarantować bezkarność, więc to będzie jak w ostatnich latach republiki weimarskiej, gdy komuniści walczyli z SA na ulicach, ale tylko jednej ze stron tej walki nie groziła kara za przemoc.

Nie boicie się tego? Przecież oni nie będą w pierwszej kolejności atakować starszych panów z klasy średniej, będą robić naloty na te wszystkie knajpy w których się spotyka lewicowa młodzież. A ze szczególną lubością bić będą każdego kto ma ufarbowane włosy albo tęczową torbę.

Zauważyłem, że ta kwestia budzi wśród zwolenników Razem szczególną agresję. Musiałem odziomać Pewnego Znanego Redaktora, bo mu wosizm-okraskizm poleciał nie w tą dziurkę. Zamieszczał wściekłe komcie, ilekroć poruszałem temat prawicowych bojówek – przy czym nie próbował się do tego odnieść merytorycznie, to było próba zakrzyczenia/ośmieszenia tematu.

Na moim blogu tak się nie da, więc poproszę o odpowiedź merytoryczną. Nie boicie się? Czemu? Nie wierzycie że PiS wróci do bojówek? Znów: czemu nie? Są jakieś powody by wierzyć, że to będą lepsze i fajniejsze rządy PiS niż te poprzednie? To poproszę o te powody.

Mam wrażenie, że część lewicy liczy na to, że gdy już przyjdą ich pobić za udział w paradzie, to wystarczy okrzyk „ależ kochani bojówkarze, to nieporozumienie, ja orałem libków na fejsie!”. Przypomina mi si Kurt von Schleicher, który walnie przyczynił się do objęcia władzy przez Hitlera i zginął w nocy długich noży. Jego ostatnie słowa to „jestem von Schleicher!”. Może liczył na to, że to go uratuje?

Boję się tego scenariusza, choć mam nadzieję, że po takich jak ja przyjdą nieco później. Po was przyjdą od razu. Znów, jeśli ktoś widzi lukę w moim rozumowaniu, proszę o jej wskazanie.

To będą dla mnie kolejne wybory, w których będę szukać „mniejszego zła”. Bo bardzo mi przykro, ale kto popiera Nawrockiego, Ziobrę czy Mentzena, ten już nie jest dla mnie „dobrem”. Najważniejsze dla mnie będzie znowu „głosowanie przeciw PiS”. Nie widzę oddawania głosu na partię, która dostanie 4,9%. To nie o to chodzi, że kocham Tuska, po prostu nie podoba mi się idea bezkarnych bojówek. Czy to takie dziwne?

Tolka po zakrasam

A więc wracając do naszego ulubionego tematu. Zaczynam nabierać nadziei, że rok 2026 będziemy wspominać w historii tak jak 1945 czy 1918.

Oczywiście, ponownie dodam, że już parę razy wykazywałem się przesadnym optymizmem (acz moja zupełnie pierwsza notka z lutego 2022 nie miała jeszcze wiary w pieremogę, bo jej wtedy istotnie nie miałem: popierałem Ukrainę bo to Słuszna Sprawa, ale też się martwiłem, że Chersoń przepadł na zawsze). Z uwzględnieniem wszystkich zastrzeżeń z tej serii, przejdźmy do konkretów.

Wiele naszych nadziei zniweczyła niemal własnoręcznie jedna osoba, Elwira Nabiulina, Hjalmar Schacht Putina. Ustabilizowała rubla, uchroniła system bankowy, pomogła Rosji przejść w miarę bezboleśnie przez pierwsze miesiące. To dzięki niej kremlowsy polittechnolodzy uspokoili stołeczne elity, że owszem, chwilowo muszą jeździć do Courcheval przez Stambuł, a mercedesy serwisować u Cytrynowa i Gumiakowa, ale poza tym wszystko zostanie po staremu. A nawet się polepszy, bo obchodzenie sankcji to też dużo okazji na dodatkowy zarobek.

Od pewnego czasu trwa na nią nagonka, Sołowiew (et consortes) obwiniają ją o sztuczne spowodowanie kryzysu gospodarczego. Odrzucając inne wyjaśnienia uważają, że wszystkie kłopoty Rosji biorą się z tego, że Nabiulina spowalnia gospodarkę niepotrzebnie walcząc z inflacją.

Od dwóch tygodni Nabiulina nie pokazuje się publicznie. Miała wystąpić na w Petersburgu razem z takimi zwolennikami Rosji, jak Andrew Tate, Errol Musk czy Scott Ritter. Odwołała występ, bo podobno miała pogrzeb kolegi. Potem odwołała kolejne spotkanie, już bez wyjaśnienia. Teraz Pieskow oświadczył, że jest chora i że nie należy się w tym doszukiwać teorii spiskowych.

Zaryzykowałbym diagnozę, że ta choroba to odstavkus fenestrensis. Putin zapewne jest niezadowolony z tego, że jego cudotwórczyni nie może już zrobić kolejnego cudu. Jak pamiętamy z lemowskiej bajki o niebieskich śrubkach, tyran może sobie zamówić u Trurla Doradcę Doskonałego, ale i tak nie będzie umiał słuchać jego rad („karaluch z Młękocina dojechał, ale szambo zgasło”).

Poza tym dobrych wiadomości jest sporo. Drony średniego zasięgu, którymi Ukraina zniszczyła „suchopytny koridor” na Krym to broń, której w 2022 w ogóle jeszcze nie było. Pamiętacie? Szczytem techniki był wtedy Bayraktar, drogi i wielorazowy.

Ukraina postawiła na dużo tanich wyspecjalizowanych urządzeń, które można zrobić z części do kupienia „w każdym sklepie z częściami”. Rosjanie się śmiali z prototypów prezentowanych w zeszłym roku. Już im nie do śmiechu (z goryczą przyznali ostatnio Dwaj Majorzy). Jak wiadomo z historii oraz gier komputerowych oraz karcianych, wojen się nie wygrywa Superduperwuderwaffenami, tylko tym, co można stukać masowo, robiąc przeciwnikowi „zerg rush” talią „white weenies”.

Aleksander Czadajew pisze na zmianę jakieś niesamowie pierdolety o Szatanie i prawosławiu (część z nich chyba naprawdę w to wierzy!), a na zmianę całkiem ciekawie o technikaliach. Niedawno wyjaśniał rosyjskie kłopoty tak, że Rosja postawiła na „mono-stawkę” w postaci Shahedów. Dronów typu mid-range nie rozwijali w ogóle, więc nawet jak zaczną jutro, to będą najwcześniej w 2027.

Tylko w fantazjach Awala to było możliwe, żeby w warunkach kryzysu uruchomić masową produkcję nowego produktu w pół roku. Nawiasem mówiąc, Avtokartoszka z desperacji zamiast elektryków, kleci teraz imitacje BMW z części, które im zostały po współpracy.

Co więcej, rosyjska obrona przeciwlotnicza bazuje na radarze, który nie widzi celów lecących poniżej 50 m. To dlatego te FP-5 sobie tak spokojnie przefruwają za Ural. Ukraińcy swoją obronę przeciwlotniczą postawili na akustyce. Rosja znów, nawet jeśli zacznie to zmieniać jutro, to nic nie da w tym sezonie. Czadajew podsumowuje więc tak, że Rosja jest bezradna wobec nowych ukraińskich dronów, a Ukraina coraz lepiej sobie radzi z Shahedami – i to się w najbliższym czasie nie zmieni.

A drony krótkiego zasięgu? Tu też jest źle. Romanov niedawno odwiedził front w rejonie Kramatorska i pisze, że „niebo należy do przeciwnika”. Rosyjska piechota „nie ma oczu”. Wprawdzie ma drony-kamikadze, ale w tak małych ilościach, że nie mogą ich używać zgodnie z przeznaczeniem – zresztą potrzebują ich, żeby dostarczać jedzenie na front. Nic innego się nie przebije, nawet opancerzony osiołek.

Powodów do optymizmu u nich nie ma. „Prodwiżenia – tolka po zakrasam”, pisze Romanow. „Sukcesy – tylko u Lejzorka w hodowli królików”, że pozwolę to sobie tak literacko przełożyć.

Now Playing (209)

Tytus mówi w którejś księdze do przyjaciół, że nie mógł zasnąć, bo miał goń myślową. Pamiętam kolosalną ulgę z dzieciństwa, gdy się dowiedziałem z komiksu, że nie jestem jedyną osobą na świecie, której się to przydarza.

Chciałbym, żebyśmy na blogasku chociaż na chwilę oderwali się od wojny i polityki i wrócili do jego popkulturowych korzeni. Z pewnych przyczyn jechałem ostatnio samochodem, w którym głównym źródłem rozrywki był fizyczny egzemplarz płyty „Phrenology” the Roots. Za to z głośnikami o wystarczającej mocy, żeby basy przyjemnie masowały łydki.

Miałem potem goń myślową, w której w tle słyszałem w kółko największego hiciora z tej płyty „Seed 2.0”, a konkretnie oczywiście jego linia basu. W końcu nie mogłem się powstrzymać i ją wyguglałem. Zasnąłem wyobrażając sobie, że ją gram. Jest zwodniczo prosta, ale oczywiście jak zawsze w klimatach funky, i tak chodzi o te stumilionowe ułamki nuty, których amator nie odtworzy – więc najwyżej będzie grać jak MIDI.

Piosenka też w pewnym sensie mówi o goni myślowej. Jak wiecie, nie jestem przesadnym wielbicielem hiphopu, ale mam trochę szacunku dla „starej szkoły” (niczym tytułowy Bill od Tarantino, „I’m all about the old school”). Podobno dziś główne kryterium to „czy twórca używa auto tune’a”. Na tej płycie oczywiście wszystko jeszcze brzmi należycie analogowo.

Takie prawdziwe oldschoolowe rapowanie dobrze się nadaje do oddawania goni myślowej właśnie, w której jedno się rymuje z drugim, ale niekoniecznie się układa w spójną narrację. Kiedy to się zrobi porządnie, rap wzbija się na wyżyny tego, co kiedyś nazywano „piosenką aktorską”. Ciekawe swoją drogą czy ktoś to kiedyś analizował, „inspiracje tymi wszystkimi Brelami we współczesnym hiphopie?”.

Piosenka ma cyferkę „2.0”, bo jest wersją rozwojową prototypu z solowej płyty Cody Chesnutta. Nie jest to hiphop, ciocia Wiki klasyfikuje jego styl jako „R&B i neo-soul”.

Pierwotna wersja jest słabiutka, choć widać w niej zalążki przyszłego hiciora. Jest tam już na przykład w całości ta zachwycająca linia basu, ale zagrana nieporównanie słabiej (według Cioci Wiki, artysta nie miał warunków na porządną produkcję i nagrał to wszystko na amatorski magnetofon).

Jest też niemal cały ten tekst, który Chesnutt ponownie śpiewa w wersji „2.0”. Tylko że bez rapu jest tragicznie słabiutki. Piosenka jest o seksie przedstawionym bez jakichkolwiek metafor – tak, tytułowe nasienie to nasienie.

Podmiot liryczny zapładnia swoją ukochaną (imieniem Mary), a ponieważ ma wielkiego i długiego, to na pewno się to uda. Poza tym „she don’t take no pill”. Podmiot liryczny oczekuje narodzin dziewczynki, której chce nadać imię „Rock and Roll”.

Gdybym znał tylko to, to bym kolesia nie polubił. Jakoś ogólnie odrzuca mnie od samochwalstwa, od razu myślę „koleś, uwierzę w ten twój Grosstalent dopiero jak Mary nagra piosenkę na jego cześć”.

W wersji „2.0” dochodzi do tego jednak rapowy monolog, który zawiera wspomnianą goń myślową, skonstrastowaną ze spokojną pewnością siebie monologu Cody Chesnutta. Wokalista, godzien swego pseudonimu Black Thought, jest pełen wątpliwości.

Czy ta Mary to w ogóle odpowiednia kobieta na matkę jego dziecka? Ona w ogóle nie szanuje jego muzyki, chce tylko „platyny, lodu i złota”. Zdaje się, że gdy ją przygarnął, w była na najlepszej drodze do wejścia na złą drogę. Przecież jak coś się finansowo nie uda, ona natychmiast odejdzie.

W tej wersji „Seed 2.0” to już ponadczasowa opowieść, w której każdy może się odnaleźć. Wszyscy kiedyś przecież mieliśmy taką szamotaninę, choćby jak w piosence „Ostatnia nocka” Maleńczuka („wierzę jej czy nie wierzę”), też o nocnej goni myślowej przecież. Teraz można to nawet odczytać jako metaforę procesu twórczego („wyjdzie z tego świetna płyta!” / „to będzie kompletna porażka!”).

Płyta pochodzi z zupełnie innej epoki, gdy głównym kanałem promocji muzyki była tak zwana „muzyczna telewizja”, w skrócie MTV. Nikt dziś nie uwierzy że kiedyś było coś takiego! W każdym razie, tam po raz pierwszy usłyszałem / zobaczyłem „Seeds 2.0”. Bardzo mi się spodobał ten dialog „czarnych myśli” / „białych myśli”, choć oczywiście nie znałem wtedy wersji pierwotnej. Zaczynałem właśnie pracować nad pierwszą książką i mniej więcej tak się właśnie miotałem, „to nie ma sensu, to mnie przerasta” i „dam radę”.

Szczerze mówiąc, mam tak do dzisiaj. Nic się nie zmieniło, tylko dawna MTV już nie wróci…

Dialektyka immunologii

Po oszałamiającym sukcesie notki o Żiżku, kontynuuję serię Notek O Modnych Filozofach. Cóż, moje notki są jakie są, ale dzięki nim można będzie w towarzystwie udawać, że się przeczytało i że się ma swoje zdanie. Wydałem na Żiżka ze 30 euro, żebyście Wy nie musieli.

Znaczy, nie wiem na ile mi się udało to dostatecznie wyraźnie podkreślić, ja go lubię. Nawet jak się z nim nie zgadzam, nie zgadzam się, by tak rzec, przyjaźnie – bo zgadzam się co do Spraw Najważniejszych.

W czasach polikryzysu dialektyka pana i niewolnika rzeczywiście robi się wyjątkowo istotna. Wpadamy w tę dialektykę ilekroć boimy się, że jakiś Wielki Obcy – Kaczyński, Putin, Trump – zabierze nam Wolność. Szukamy wtedy często Dobrego Wujka, który nas obroni (Unia, NATO, wolne sądy). Tragikomiczny spektakl w postaci nieustanącego castingu na „lidera obozu demokratycznego”, że może Rzepliński, a może Kijowski, był tego najsmutniejszym bodajże przykładem.

Odpowiedź Żiżka sprowadza się do tego, że nikt nas nie uratuje. Kawaleria nie przyjedzie, bo to my jesteśmy kawalerią. Od prawie już dwustu lat nie ma więc dla nas innej porady niż stare dobre „vereinigt Euch!”.

Przejdę jednak do Modnego Filozofa, którego już zwyczajnie po prostu nie lubię – to Byung-Chul Han, urodzony w Korei ale tworzący w Niemczech po niemiecku. W eseju „Nagie życie” również odwołuje się do tej samej dialektyki, dochodząc jednak do innego wniosku.

„Heglowska dialektyka pana i niewolnika opisuje walkę na śmierć i życie (…) Niewolnik przedkłada zniewolenie nad groźbę śmierci. Trzyma się nagiego życia (…) Nie waży się na śmierć. Zostaje niewolnikiem i pracuje” (kluczowe słowa są przytoczone rozstrzelanym drukiem, jak przystało na profesjonalnego filozofa).

Zatem wolny może być tylko człowiek gotów umrzeć z głodu by nie pracować. Większość z nas wybiera „nagie życie”, ergo niewolę. Wolni są tylko menele (oraz spadkobiercy – dodałbym, ale BCH najwyraźniej nie bierze pod uwagę takiej możliwości, że status po prostu się dziedziczy).

Jeśli ktoś uważa, że to niemożliwe, żeby Modny Filozof gadał aż takie głupoty – to proszę skoczyć do księgarni, otworzyć wydanie Krypolu na stronie 200. Najlepiej za friko, bo zapłacić za to złotówkę to przepłacić stówę.

Najsłynniejszy, tytułowy esej Byung-Chul Hana, „Społeczeństwo zmęczenia”, zaczyna się tak: „Każda epoka ma swoje dominujące choroby. I tak mieliśmy kiedyś epokę bakterii, która jednak skończyła się wraz z wynalezieniem antybiotyków. Mimo ewidentnego lęku przed pandemią grypy nie żyjemy dziś również w epoce wirusów [pisane przed covidem – WO]. Dzięki technologiom wspomagania odporności mamy ją już za sobą”.

Każde z tych zdań wywołuje u mnie okrzyk „CO KURCZĘ?”, ale potem robi się jeszcze głupiej. Byung Chul-Han wyciąga z tego wniosek, że miniony wiek był „stuleciem immunologicznym”, oparty na rozróżnieniu swój-obcy. „Tym immunologicznym schematem kierowała się również zimna wojna”. Dziś zastępuje ją tolerancja.

Tu BCH przechodzi do miniwykładu z dialektycznej immunologii. „Nauki także nie są bynajmniej wolne od dyspozytywów, które wcale nie są naukowego pochodzenia. I tak po końcu zimnej wojny mamy do czynienia ze zmianą paradygmatu również w immunologii medycznej. Amerykańska immunolożka Polly Matzinger odrzuca stary zimnowojenny paradygmat immunologiczny (…) Bronimy się jedynie przed takim intruzem, który w naszym wnętrzu zachowuje się destrukcyjnie. Tak długo, jak obcy nie podpada pod tę kategorię, układ immunologiczny się z nim nie styka (…) Jest zatem inteligentniejszy od ksenofobicznego społeczeństwa ludzkiego”. I tak przez parę stron peroruje o heglowskiej immunologii („cechą charakterystyczną immunologii jest dialektyka negatywności”, et patati, et patata).

To jest tak głupie, że jak w tym cytacie, „it’s not even wrong”. Gdyby faktycznie odkryto, że identyfikacja swój / obcy (zwana fachowo MHC, „Major Histocompatibility Complex”) to tylko zimnowojenny mit, byłby to przełom w transplantologii!

Byung Chul-Han może i przeczytał ten jeden artykuł, który cytuje, ale go nie zrozumiał (podejrzewam że przeczytał tylko tytuł). Nie chodzi o to, że identyfikacji swój / obcy w ogóle nie ma, tylko że owszem, DOCHODZI DO TEGO identyfikacja groźny / nieszkodliwy, na zasadzie „guilt by association”. Od tego właśnie są te komórki dendrytyczne, które w poprzedniej notce porównywałem do „wiadomości w butelce”. Ta wiadomość brzmi na przykład „w pobliżu miejsca zbrodni widziano czarnowłosego okularnika, zabić wszystkich czarnowłosych okularników” (oczywiście to metafora, ale biorą w tym udział komórki, których głównym zadaniem jest zabijanie innych komórek, pasujących do rysopisu).

Porównywanie układu immunologicznego do ludzkiego społeczeństwa jest ryzykowne, bo wtedy okazuje się, że to nawet nie jest dyktatura, to strażnicy w obozie. Mamy przede wszystki odporność nieswoistą, która zabija wszystkich, którzy jej się nawiną (jak strażnik z wieżyczki kogoś kto podszedł za blisko do bramy). Są też choroby polegające na tym, że układ immunologiczny sobie ubzdura, że trzustka jest ciałem obcym i ją niszczy. Że „bronimy się tylko przed takim intruzem, który zachowuje się destrukcyjnie” to taki błąd, jakby z opisu wszystkich funkcji samochodu skupić się tylko na kierunkowskazach i wysnuć wniosek, że samochody to urządzenia do mrugania na żółto.

Żiżek tymczasem owszem, buduje naciągane metafory naukowe, ale jednak nie raczy nas rozważaniami o heglowskiej genetyce. Byung Chul-Han natomiast serwuje miksturę (1) ewidentnych bredni, takich jak powyższe; (2) okrągłych banałów, które nie pełnią żadnej funkcji poza wydłużaniem tekstu (przykład ze strony 140: „Pod wieloma względami XVIII wiek nie różnił się wiele od czasów dzisiejszych” – no shit, Sherlock); (3) wypowiedzi sformułowanych intencjonalnie tak niejasno, żeby nie dało się powiedzieć, co poeta chciał przez to (i tylko tłumacze rozpaczliwie informują w przypisach, że dana gra słów nie istnieje poza niemieckim). Jak widać z załączonych cytatów, pióro ma przy tym tak lekkie, że chcą je pokazywać w muzeum w Kubince.

Najbardziej irytujący w tej książce jest brak emocji, brak moralnego kompasu. Kiedy Żiżek informuje nas, że lubi filmy z Chow Yun-Fatem to przy okazji mówi, który jest jego ulubiony („Bulletproof Monk”). Wobec dialektyki pana i niewolnika zajmuje stanowisko jednoznacznie emancypacyjne.

Byung-Chul Han od czasu do czasu cytuje jakieś dzieła kultury, ale beznamiętnie, po prostu jakby wiedział że wypada. Przypomina maturzystę, który wie, że dostanie punkty za cytowanie lektur. Opisując społeczeństwo, nie sprzyja zniewolonym – sami są sobie winni, mogli wybrać śmierć.

Ubocznym wnioskiem jest że uprzywilejowani zasługują na swoje przywileje. Motyw społecznych gier o władzę pojawia się tu parokrotnie i nigdy, dosłownie nigdy (jeśli się mylę, pokażcie mi na której stronie!) autor nie dopuszcza takiej możliwości, że ktoś przywileje odziedziczył albo uzyskał w jakiś szemrany sposób, jak rosyjscy oligarchowie. Gdyby po BCH sięgnęli Thiel, Bezos i Karp, łykaliby go jak Elon ketaminę.

Czytając tę książkę miałem wrażenie, że obcuję z imitacją filozofii. Dałbym te dwa słowa rozstrzelanym drukiem, ale nie wiem jak to zrobić w wordpressie – pewnie ten sekret ujawniają dopiero doktorantom na filozofii. Jakby ktoś spromptował LLM per „napisz mi esej filozoficzny na tyle konserwatywny, żeby nie urazić uprzywilejowanych, ale też żeby nie było wiadomo o co chodzi, bo jak nikt nie wie to nikt nie zapyta”.

Kolejną irytującą rzeczą jest przedziwny panglossizm. Byung-Chul Han niby narzeka na kryzysy społeczne, ale zdaje się uważać, że wszystkie problemy XIX i XX wieku już rozwiązano. Żyjemy w społeczeństwach permisyjnych i tolerancyjnych, nikt nie jest prześladowany za odrębność, każdy sobie może migrować bez ograniczeń. Wyeliminowaliśmy choroby somatyczne, więc zostały nam już tylko ADHD, autyzmy, nerwice i depresje, które czynią nas wszystkich równymi.

Więc nie narzekaj, niewolniku, na swoje kajdany. Sam je sobie założyłeś wybierając sobie niezamożnych rodziców. Okaż empatię miliarderowi, który płacze, bo nawet największy jacht świata nie może przywrócić lacanowskiej jouissance bataillowskiemu fallusowi (rozstrzelanym drukiem, ma się rozumieć).

Jedno co tu jest doskonale spójne logicznie, to blurb od maestro Stawiszyńskiego – „Ostrzegam, ta książka otwiera oczy!”. Widocznie Matczak nie miał wolnych terminów.

Bamba Hegla

Do Sławoja Żiżka mam stosunek dialektyczny, jak wypada wobec heglisty. Z jednej strony go kocham, bo podtrzymuje nadzieję, że można być filozofem konsekwentnie lewicowym, ale bez popadania w wybielanie Lenina. Przeżyłem mnóstwo rozczarowań niejednym Chomskym. Z drugiej jednak, czasami gada straszne głupoty. Ze względu na punkt 1, jestem skłonny wybaczać. Parafrazując „Blade Runnera” – „but then again, who doesn’t”.

Przeczytałem ci ja jego niedawną xięgę, „Freedom: A Disease Without Cure”. Jest to esej na temat wolności. Próbując streścić zasadniczą tezę (choć jak wiadomo hegliści celowo piszą tak mętnie, by to uniemożliwić): Żiżek twierdzi, że jedyny sposób na uwolnienie się z dialektyki „pana i niewolnika” to nauczyć się być panem.

To niegłupia intuicja, jakoś zbiegająca się nawet z petersonowym „posprzątaj pokój zanim zaczniesz urządzać świat”. Idol prawicy wyciągnął z tego jednak wnioski idiotyczne w teorii i samobójcze w praktyce – jego własna filozofia uczyniła go ćpunem w delirce. Bo w tym cały ambaras, że jak ktoś się czuje bezkarnym homarem alfa, traci hamulce trzymające w ryzach szarego Kowalskiego („żona odejdzie, wywalą cię z roboty, stracisz prawo jazdy…”).

Książkę czyta się fajnie, bo Żiżek po swojemu Althussera miesza z filmami kung-fu, a do tego opowiada anegdoty jak w przesiąkniętej homofobią jugosłowiańskiej armii najpopularniejszym dowcipem było wsunięcie palca koledze między pośladki. Jest to więc miłe divertimento w sam raz na rozpoczynający się sezon plażowy.

Zauważyłbym jednak, że celniej od Żiżka tę samą myśl wyłożył mezoamerykański myśliciel Ritchie Valens. Podług niego żeby tańczyć bambę („para bailar la bamba”), trzeba się nią stać (jakie to heglowskie!). A osiągamy to powtarzając sobie dialektycznie „yo no soy marinero, soy capitan”.

Przejdę już może do wspomnianych bzdur, bo wszyscy na to czekają. Otóż Żiżek dialektykę wolności buduje na tym, że nauka (rzekomo) zakwestionowała pojęcie wolnej woli, a wszak Metoda Naukowa się do niej odwołuje. Naukowcy (rzekomo) mówią „z własnej woli daj się przekonać że nie masz wolnej woli”.

Ta „nauka” to kwantowy superdeterminizm i genetyka. Teza Żiżka wydaje mi się bzdurą (rzekłbym nawet, typowo humanistyczną bzdurą). Nie jestem oczywiście naukowcem, ale z obu tych przedmiotów zdawałem kiedyś egzaminy u naukowców jako-tako światowej klasy, więc mam papiery dowodzące, że coś z tych kwantów i genów zrozumiałem.

Przede wszystkim superdeterminizm nie jest czymś, co mechanika kwantowa „udowodniła”, tylko hipotezą pomocniczą przyjętą w modelu. Ja zawsze to mówię ciągiem, Hipoteza Superdeterminizmu, jakby to było imię i nazwisko („dla przyjaciół Hipcio”). Moim zdaniem, Żiżek usłyszał „rozważmy przypadek idealnie sferycznej krowy” i zrozumiał „naukowcy twierdzą że krowy są sferyczne”.

Z genami przywalił jeszcze bardziej. Biologia molekularna jest pełna procesów indeterministycznych i chaotycznych, od tautomerii po dyfuzję i osmozę.

Jeszcze zanim to zdążyli skomplikować kwantowcy, już w XIX wieku fizykochemicy rozumieli, że owszem, da się policzyć, ile molekuł przejdzie przez membranę – ale nie wiadomo które. Tymczasem nasze procesy myślowe działają właśnie na zasadzie „stochastycznego przejścia kationu przez ucho igielne”. Rozumowanie typu „miał geny mordercy więc to nie jego wina że zabił” nie jest uproszczeniem tylko wypaczeniem.

Podobnie wyobrażanie sobie DNA jako programu komputerowego jest kuszące, ale mylące. Odczytywanie i egzekucja kodu bardziej przypomina przepisywanie fragmentów książki trzęsącą ręką i wkładanie ich do butelki w nadziei, że dopłynie do adresata. Tak mi to opisano 35 lat temu i mam wrażenie, że od tego czasu zrobiło się to tylko jeszcze bardziej skomplikowane (np. dziś wiadomo, że ta drżąca ręka nie tylko przepisuje kod, ale i zamazuje fragmenty markerem).

Stąd najczęściej dziś zakłamywany motyw „genetycznej płci”. W tej butelce może płynąć komunikat „na mocy genu SRY domagam się największego penisa we wsi”. Ale butelka gdzieś się zawieruszy albo adresat nie odczyta gryzmołów i wyjdzie nam równie piękna wagina.

Gdybym był wierzący, widziałbym w tym Zamiar Stwórcy. Wiedział, że my kiedyś zyskamy moc imitowania jego dzieła, więc umieścił w nim zaimplementowaną hardwarowo tru-randomowość. A my, jak wie każdy gracz, ledwie dajemy radę z softwarową pseudolosowością.

Jako niewierzący powiem po prostu, że od zarania życia, jego podstawową strategią przetrwania jest nieprzewidywalność. Dziedziczymy ją po jednokomórkowych przodkach. Bóg stworzył dynamiczną tęczę, diabeł kusi nas jej czarno białą statyczną karykaturą. Uwiodła Żiżka, bo heglista reaguje na binarne determinizmy jak kot na kocimiętkę.

Gdy sprawdzić źródła jego wyobrażenia genów i kwantów okazuje się, że to nie podręczniki tylko popularnonaukowe podkasty. Na przykład Hossenfelder, która owszem, napisała fajną książkę – ale inaczej się tworzy książkę, a inaczej kątęt na sosziale. Niby oczywiste, a jednak nie dla każdego.

Żiżek ma skłonność do słabych źródeł. Sięga dna opisując przykład terroru woke. Oto we Francji na Ecole Normale Superieure rozważają wprowadzenie w akademiku korytarza, na który byłby wstęp wzbroniony dla cis-mężczyzn. Nie wolno im nawet wejść w roli gościa. Nur fur transen und cis-frauen!

Próbowałem wyguglać potwierdzenie, wpisywałem to po angielsku i po francusku. Rien de rien. Jak media mogły to przeoczyć?

Teraz mi wstyd. Taki duży chłopiec, a wierzy filozofom. Żiżek w odsyłaczu powołuje się na… prywatną rozmowę z doktorantem.

Usłyszał plotkę i jej nie zweryfikował. Na tej podstawie wysmażył wywody jak to woke dialektycznie z inkluzywności zamienia się w wykluczenie. I to jest jego JEDYNY przykład! Gdy fakty przeczą plotce, tym gorzej dla faktów.

Jak wielokrotnie pisałem, jestem entuzjastą Cancel Culture, Ideologii Woke i Politycznej Poprawności – z tym zastrzeżeniem, że nie uważam, że te pojęcia opisują realne zjawiska. Prawica straszy produktami własnej imaginacji, lewica śni o bojkocie JK Rowling. W praktyce cancel culture to piękna idea, ale niemożliwa do wprowadzenia.

Żiżek jest przeciw, bo układa mu się to w dialektyczną binarność: chcieli uwolnić, ale zniewalają. Ale przykład woke wyssał z palca jugosłowiańskiego żołnierza, przykładów cancel culture nie przytacza wcale, nawet się bawi w bajki o „profesorze wyrzuconym bo powiedział murzyn”. Nawet nie ma z czym polemizować, wystarczą słowa Najmądrzejszego Z Friedmanów w „Dialogach na cztery nogi”: „Docent, nie teoryzuj”.

Zirytowany tymi przypisami sprawdziłem pozostałe i zauważyłem, że Żiżek często powołuje się na nieweryfikowalne źródła. Albo „prywatna komunikacja”, albo „nieopublikowany manuskrypt”. Z wszystkimi jego przykładami może być jak z tym akademikiem w Paryżu – że nie w Paryżu tylko w Erewaniu…

To o tyle przykre, że dla wielu ludzi Żiżek to jedyny kontakt z marksizmem. To utrwala stereotyp marksizmu jako bajdurzenia o utopijnej przyszłości. Tymczasem najważniejsze teksty Marksa, z „Kapitałem” na czele, bazują na konkrecie. Odsyłacze tam prowadzą do solidnych źródeł, w rodzaju raportów brytyjskich inspektorów fabrycznych.

Żiżek cytuje Lenina i Majakowskiego – obaj używali tej samej metafory, że dialektyka bolszewików „nie pochodzi od Hegla”. „I stąd Stalin”, konkluduje Żiżek.

To prawda, a nawet półprawda. Wymagająca dialektycznego dopełnienia tym, że Marks wyłuskawszy z Hegla racjonalne jądro (jak powiadał Wielki Słownik), bazował na empirii zgodnie z tym, jak wtedy rozumiano Metodę Naukową. „Kapitał” to oparta na twardych danych próba zrozumienia XIX-wiecznego kapitalizmu, nic tam nie ma o władzy rad ani elektryfikacji.

Marksizm jest jak katolicyzm, w którym paruzja jest niejasną metaforą, odsuniętą w czas nieokreślony (a może i w ogóle poza czasem). Leninizm jak sekta apokaliptyczna, w której guru snuje wizje rapture nomenklatury, im bardziej doczesne tym bardziej oderwane od realiów. Tego nie jednak dowie się ktoś, kto zna tylko „Manifest Komunistyczny” i Żiżka na jutubie.

Na rozumienie Hegla ani Marksa nie mam żadnych papierów, na Żiżka zresztą też nie, choć Uważny Czytelnik może zauważyć, że w paru miejscach próbuję tu parodiować jego niepowtarzalny styl. Papiery na chemię też mam już mocno zwietrzałe. Wśród PT Blogobywalców mam takich z mocniejszymi na wszystko powyższe, „pleno titulo” nie jest tu tylko zwrotem grzecznościowym, więc zapraszam do prostowania mych błędów w komciach.

Burn like fire in Tuapse

Tuapse, 28 kwietnia 2026

W lutym napisałem optymistyczną blogonocię – po dwóch miesiącach ją podtrzymuję. Jakiś Rosjanin lamentował, że w 2025 wszystko było tak pięknie, a w 2026 wszystko się wali. I coś w tym jest.

Niestety, czytam tego wszystkiego tak dużo, że to znów będzie notka bez przypisów. Kto mnie choć pobieżnie obserwuje ten wie, że śledzę newsy z Rosji i Ukrainy z obsesją przekraczającą wszelkie granice zdrowego rozsądku. Musicie mi wierzyć na słowo.

Optymizm wiązałem dotąd z tym, że o krachu gospodarczym mówią już sami Rosjanie. Przez lata o tym marzyliśmy, a teraz o tym słuchamy na Moskiewskim Forum Ekonomicznym – gdy dosłownie każdy mówca powtarzał nasze marzenia, że Rosję czeka krach i to jeszcze w tym roku.

Nawet Putin temu nie zaprzecza tylko wygłasza maksymy, że „problemy to rzecz przejściowa a Rosja jest wieczna”. I że znajdzie metodę na odzyskanie wzrostu gospodarczego. Ciekawe jaką, rozstrzelać każdego kto nie wzrasta?

A ukraińskie drony… ach, ukraińskie drony. Pieśni o nich będą kiedyś śpiewać. Na początku 2022 ekscytowaliśmy się Bayraktarem TB3, dziś jest on jako ten Bf-109E w roku 1945.

Na początku roku Rosjanie zaczęli panikować w związku z „przełomem jakościowym” na froncie. Strefa śmierci powiększyła się do 50 km, co oznacza, że niedawne bezpieczne zaplecze już nim nie jest. Wiąże się to (ponoć) głównie z dronami średniego zasięgu FP-2, które fruwają sobie bezkarnie nad Donieckiem.

Mamy więc piękne filmiki pokazujące rosyjską ciężarówkę wojskową, która sobie normalnie jedzie drogą wśród cywilnych pojazdów. I coś z nieba robi zzziuuu… kapow! A coś innego z nieba to filmuje.

Z drugiej strony, mamy też piękne modele FP-5 (i ich następcy, FP-7 już testowany bojowo i FP-9, ma wejść latem). To drony dalekiego zasięgu. Od pewnego czasu nie ma dnia (nie przesadzam!), żeby jakiś rosyjski zakład przemysłowy nie stanął w płomieniach.

Kiedyś marzyliśmy, żeby Biden albo Trump dali wreszcie Ukrainie Tomahawki. Teraz se je mogą wsadzić pan majster wie gdzie. A Ukraina już nie musi z nikim konsultować celów.

Najwięcej się dzieje blisko frontu, gdzie drony krótkiego zasięgu latają jak komary (porównanie samych Rosjan). Od dwóch miesięcy Ukrainie udaje się realizować cel „neutralizowania szybciej niż wróg mobilizuje”. Rosja jest netto na minusie!

Ukraina (i jej legendarny Madziar) osiąga to wysyłając nawet po 30 dronów na jednego wroga. To dlatego na tych filmikach z serii „ostatnie sekundy z życia orka” oni robią takie dziwne rzeczy – chowają się za drzewem, biegają wokół samochodu, udają martwych. Po prostu widzimy kolesia, który tak przeżył poprzednie 29 prób.

Drony naziemne, kiedyś całkowite science-fiction, już są realne. Dla ukraińskiej strony, bo „my zamiast robotów mamy niwy i buchanki”, jak to skomentował któryś z nich melancholijnie. Udało się już pierwsze historyczne zajęcie pozycji wroga wyłącznie przez robota, ale przede wszystkim rewolucjonizuje to logistykę. Wrzucali niedawno filmik, na którym robot ewakuował ukraińską babuszkę, która szła o lasce przez strefę śmierci. Wzrusz!

Tymczasem w Rosji nie ma innowacji. Czytałem ostatnio lamenty gościa, który usiłuje robić drony antydronowe, na wzór ukraińskich. Musi głowice robić z cywilnych fajerwerków, nie wolno mu używać choćby dziesięć deko TNT – jeszcze komuś by zrobił krzywdę! Przecież formalnie w Rosji jest pokój, a więc obowiązują pokojowe regulacje.

Inny bloger lamentował nad losem jedynej w Rosji fabryki, która robi jakieś wihajstry dla kolei. Kolej właśnie ogłosiła przetarg, w którym ta fabryka nie może wystartować, bo musiałaby zrobić te wihajstry na własny koszt, potem je rozprowadzić po całym kraju, a jak wszystko będzie OK, czekać 40 dni na zapłatę. Firma więc upadnie, tymczasem w przetargu startuje konkurencja założona przez oligarchę, która te wihajstry zamówi w Chinach.

Oczywiście, to wszystko nie wystarczy do odzyskania Krymu. Ale coraz bardziej realny wydaje mi się wariant Compiegne. W chwili kapitulacji, Niemcy nadal kontrolowali sporo z tego, co im się udało zająć w 1914/1915, w tym prawie całą Belgię. Ba, nawet po kapitulacji kontrolowali kawał Ober-Ostu, bo alianci kazali im powstrzymywać bolszewików.

Teraz to może wyglądać podobnie. Gospodarczy pizdiec, prowadzący do niewypłacania żołdów i masowych dezercji. Plus lokalne negocjacje, jakich było dużo w latach 1918/1919, typu „pozwolimy wam odejść wolno o ile się wyniesiecie do północy”.

A Wy Jak Myślicie? The floor is open.

PS. Nieśmiało apeluję o Wsparcie, hosting ciągle drożeje (serio!).

Darth Hunti

Samuel P. Huntington, „The Clash of Civiliztions”, 1993

W komciach pod notką o polityce zagranicznej USA pojawili się dwaj Sithowie neoliberalizmu, Fukuyama i Huntington – którzy wywarli istotny wpływ na jej kształtowanie. To było ponad 30 lat temu, być może niektórych komcionautów nie było wtedy na świecie (podejrzewam o to tego, któremu się wydaje, że w Polsce to „przeszło bez echa”).

W streszczeniu, Fukuyama ogłosił „koniec historii”, w sensie że liberalna demokracja stanowi najdoskonalszą formę ustrojową i ludzkość nigdy nie wymyśli niczego lepszego. Nie oznacza to (jak niektórzy to błędnie interpretowali bez lektury) że nie będzie już wojen ani rewolucji, tylko że po prostu prędzej czy później i tak się zakończą kolejnym demokratycznym Majdanem.

Fukuyama nawiązywał tutaj do Hegla, według którego koniec historii nastąpił 14 października 1806. Proszę państwa, w Europie tego dnia upadł feudalizm. Historia zatem nie skończyła się w 1989, tylko znacznie wcześniej – po prostu zmarnowaliśmy niepotrzebnie kawał stulecia na totalitaryzmy.

Wielu twierdzi, że się z Fukuyamą nie zgadza, ale nie zgadzają się z tym fałszywym odczytaniem – zgadzając się z prawdziwym. Wszyscy wolimy liberalną demokrację od jakiejkolwiek realnie istniejącej alternatywy. Owszem, niejeden lewak lubi perorować farmazony o „globalnym południu”, ale jednak się nie przeprowadza do Ougadougou.

Fukuyamie można więc najwyżej zarzucić niewielką wartość poznawczą. Heglizm ma tendencję do generowania tez, które brzmią odkrywczo, ale są w gruncie rzeczy ładnie opakowanymi tautologiami. Gorzej jest z Huntingtonem.

Rozwinął on myśl swego padawana formułując konkretną predykcję dotyczącą wojen przyszłości. Skoro nie będą to już wojny ideologiczne – będą wojnami cywilizacyjnymi. To nie było po prostu głupie, to było zbrodniczo głupie. Wielu ludzi zginęło z powodu przyjęcia takiego modelu polityki zagranicznej.

Bush młodszy i głupszy wprowadził go w życie jako „Global War on Terror” (GWOT). Cały świat uwierzył w wojnę białych ludzi z ciapatymi. Ten polski slur dobrze oddaje istotę sprawy.

Kto był naszym wrogiem w GWOT? Arabowie? Przecież jest wielu islamskich fundamentalistów poza krajami arabskimi. Muzułmanie? Przecież ofiarami GWOT są także arabscy chrześcijanie. W GWOT nigdy nie chodziło o cywilizację tylko o kolor skóry. Kolektywny wróg obejmował także Sikhów, Druzów, Koptów, Berberów czy Czeczenów.

Rosjanie mają niestety skuteczną politykę zagraniczną bazującą na profilowaniu partnerów i wrogów. Oni zawsze wiedzą, o czym kto marzy i czego się boi – i potrafią mu przedstawić skustomizowaną wersję przykrojoną na wymiar. Putin zaprezentował się Bushowi i Zachodowi jako sojusznik w GWOT, co miało straszne skutki – najpierw ignorowano rosyjskie zbrodnie w Czeczenii, potem coraz bardziej agresywną politykę Rosji wobec Europy, aż w końcu doprowadzono do wojny, której według Huntingtona w ogóle nie powinno było być.

Straszliwie głupi cytat z jego „Clash of Civilizations” przytaczam tu jako zdjęcie, bo mam tylko na papierze. Jasno z niego wynika, że ten głupek uważał, że wojna między Rosją a Ukrainą jest nieprawdopodobna, bo to są dwa „słowiańskie i prawosławne narody”.

Echa Huntingtona wracają w wypowiedziach różnych onuc typu Chomsky czy Waters, że tą wojnę musiał sprowokować Zachód, bo „Slavs killing Slavs”. Stąd te apele do Ukraińców żeby po prostu sie poddali, żeby znów można było kupować tanią ropę. Towarzyszy temu zazwyczaj rasistowskie przekonanie, że Słowianie to podludzie. Co z tego że rosyjska okupacja przyniesie nam biedę? Cóż, przecież jesteśmy nawykli do żarcia brukwi i podcierania się łopianem.

Huntingtonizm odwołuje się do przekonania, że my wszyscy, jako untermensze, ciapaci, bambusy i asfalty nie zasługujemy na zachodni poziom życia. Bieda jest wpisana w naszą cywilizację. Dobrze znamy tych głupców w szatach mędrców, perorujących jacy to my wszyscy jesteśmy uduchowieni i wolni od konsumeryzmu (bo Budda, bo Konfucjusz, bo Wojtyła, itd).

Gdyby nie Fukuyama i Huntington, Zachód mógłby te ostatnie 35 lat rozgrywać mądrzej. Nie rozbrajać NATO. Nie pakować się w idiotyzmy iracko-afgańskie. Nie pobłażać Rosji. Nie lekceważyć Chin. W ogóle: nie lekceważyć.

To przekonanie, że między cywilizacjami są jakieś na poły mistyczne, nieprzekraczalne bariery poznawcze prowadzi do tego, że się NAWET NIE PRÓBUJE ICH ZROZUMIEĆ. Niczym seksista przekonany, że kobiety to niezwykłe, niepojęte istoty – bo ich nie słucha; wychowanek Huntingtona wierzy w istnienie obcych niezrozumiałych cywilizacji. Nie będzie próbował zrozumieć tego ich „derka derka derk derk”, bo po co.

Polityka zagraniczna Obamy

Pisząc o książce O’Briena napisałem (za O’Brienem) że polityka zagraniczna USA to jedna wielka głupota i Obama nie był lepszy od Trumpa. Bardzo się wtedy oburzyła (i prawdopodobnie sfochała) pewna osoba komcionautyczna, której to naruszało religijne uczucia obamolatryczne.

Polityka zagraniczna USA zasługuje na notkę. Będę się tu odwoływać do Licznych Książek Które Czytałem. Bez formalnych przypisów, bo nie pamiętam co czytałem 35 lat temu.

Bodajże w „Cold War America” Wittnera wyczytałem, że praźródłem zła były czystki McCarthy’ego. Ich ubocznym skutkiem było wyrzucanie z dyplomacji ludzi znających obce języki i kultury. Amerykańska dyplomacja oślepła w ich rezultacie, stąd błąd powtarzany od Wietnamu do Iranu. Wciąż pakują się do jakiegoś kraju, o którym nic nie wiedzą. I za każdym razem są tak samo zdumieni, że tu ich nie witali kwiatami, a tam nie obalili reżimu na hopaj-siup.

To ponadpartyjne. Bipartisan tudzież across the aisle. Republikańska dyplomacja to pasmo porażek, ale demokratyczna to stos głupot. Jednako wierzyli w dobre chęci Putina.

Obama w 2009 odziedziczył po Bushu Młodszym i Głupszym politykę zagraniczną w stanie upadku. W 2001 Bush nie wiadomo po jaką cholerę napadł na Afganistan, a w 2003 na Irak. Oficjalnie chodziło o złapanie Bin Ladena tudzież obalenia Saddama. Pierwsze się Bushowi nie udało, drugie częściowo, bo zabrakło pomysłu co dalej. Klasyczne „wygraliśmy pierszą połowę meczu”.

Ameryka (wraz z niefortunnymi sojusznikami) została wciągnięta w bezsensowne „forever wars”. Obama wygrał obiecując, że je zakończy. Wyszło mu to tak jak Trumpowi zakończenie wojny w Ukrainie w 24 godziny.

Tymczasem Putin wykorzystał osłabienie Ameryki do kontrofensywy. Już nie był zapadnikiem, którego udawał na początku stulecia. W 2007 pojawił się na konferencji w Monachium, a w 2008 na szczycie NATO w Bukareszcie.

Z perspektywy czasu to drugie było może nawet ważniejsze. Wystąpienie z Monachium cytowane jest do dzisiaj, bo Putin tam otwarcie zaatakował USA. O tym z 2008 mówi się mniej, ale Putin zachował się bardziej chamsko. Zaproszono go na zakończenie, ale niespodziewanie się pojawił pierwszego dnia żeby ten szczyt rozwalić. To wpierdzielenie się w kaloszach było ważnym sygnałem znamionującym dalsze intencje.

To wszystko jeszcze za Busha. Ale co na to Obama? A Obama na to ładnie wyglądał w garniturze.

Rosji zaproponował niesławny „reset”, który był błędnym odczytaniem sygnałów z 2007-2008. Historia oceni (już ocenia) Obamę jako tego, kto z głupoty sprowokował inwazję na Ukrainę w 2014, niczym Daladier i Chamberlain w 1938.

W sprawie Afganistanu nie szło mu lepiej. Po wyborach okazało się, że sam nie wie co zrobić. Pracował nad rozwiązaniem ze swoimi najlepszymi krawcami aż do czerwca 2011, gdy ogłosił plan. Jaki? Kurczę, sprytny. Wysłać w połowie 2012 dużo wojska (tzw. „surge”), żeby wykończyć wszystkich obrzydliwców.

Patus walący jabola na ławce wymyśliłby lepszy plan od potusa. Byłby dość mądry by nie ogłaszać wrogom: „chłopaki, chcemy do was wysłać za rok od cholery woja, jakbyście chcieli w międzyczasie coś umocnić albo zaminować to spoko, zdążycie.”

Z Iraku wyszedł nawet bez takiego planu, zostawiając bajzel tym gorszy, że w regionie szalało Państwo Islamskie, kolejne nieślubne dziecię USA. Zachęcali do „arabskiej wiosny”, ale zostawiali buntowników na pastwę tyranów, jak teraz w Iranie. W efekcie albo władzę zdobywał ktoś jeszcze gorszy albo ruszała wojna każdego z każdym. Dziękujemy pan Obama.

W Syrii sięgnął dna. W 2012 Obama wyznaczył broń chemiczną jako „czerwoną linię”. Asad przekroczył ją w 2013. A co na to Obama? Nadal ładnie wyglądał w garniturze.

Grozić interwencją i nie zrobić nic – to jest ten sam poziom głupoty, co ultimatumy Trumpa. „48 godzin! Dwa tygodnie! Pięć dni!”. Natomiast oddajmy to kościołowi św. Baracka – rzeczywiście Trump ubiera się gorzej (te krawaty!).

Obama bajzel zastał – i bajzel zostawił. Trump odziedziczył po nim Ruskich w Ukrainie, Amerykanów nadal (!) w Afganistanie, NATO w rozsypce, państwo islamskie w Syrii i Iraku, nie wiadomo co w Libii, Iran z dostępem do Morza Śródziemnego. I Putina w natarciu, rozochoconego „resetem”.

Oczywiście, Trump też spieprzył wszystko czego się dotknął. Ale niestety to nie jest tak, że między nim a Bushem przez osiem lat polityka zagraniczna USA (tylko o tym jest notka, o wewnętrznej proszę dyskutować gdzie indziej) była w rękach ludzi kompetentnych. W amerykańskiej polityce jak ktoś mówi po arabsku, chińsku albo ukraińsku, to utrudnia mu karierę. Jak w thrillerze Michaela Baya, czyni go to podejrzanym („derka derka derk derk”).