En lecture (3)

Pisałem niedawno o renesansie muzyki do kotleta. Najfajniejsza jest jednak muzyka do sushi. Od pewnego czasu układam sobie plejlistę do Nieistniejącego Lokalu Moich Marzeń i sporo miejsca zajmują tam wykonawcy stylu zwanego Shibuya-Kei, od modnego zakątka w Tokio.
Shibuya-Kei to muzyka szokująco eklektyczna, łącząca różne tradycje zachodniego popu – przede wszystkim stare francuskie „ye-ye”, ale też właściwie wszystko co długonosi barbarzyńcy wymyślili przez ostatnie parędziesiąt lat – trochę Sinatry, trochę Kraftwerku, trochę Gilberto. Wszystko wykonane tak, że zachodniemu słuchaczowi opada szczęka ze zdumienia, bo już sam nie wie co tu jest na serio a co dla jaj.
I o to chodzi, bo przecież taka właśnie muzyka powinna rozbrzmiewać w barze piękniejszym od oczu szatana. Słuchając Shibuya-Kei wystarczy zamknąć oczy i już można się przenieść do takiego idealnego lokalu, w którym przy sąsiednim stoliku O-Ren Ishii i Sophie Fatale omawiają sprawy jakuzy, przy następnym Bill Murray pociesza Scarlett Johanssen, szef zaibatsu dobija targu umowę z szefem keiretsu, a ich kogal bawią się w kosupure.
Shibuya-Kei wymyślili Japończycy – Pizzicato Five, Fantastic Plastic Machine, Takako Minekawa, ale pod ten styl podczepiają się też Europejczycy, jak Momus, Dmitri from Paris czy Stereo Total. Zaczęło się więc od japońskiej kopii zachodniej popkultury a skończyło na zachodniej kopii japońskiej kopii (miłośnicy fantastyki, komiksu animacji znają oczywiście inne przykłady podobnych sytuacji).
Moją najnajnajnajukochańszą piosenką Shibuya-Kei jest utwór „Nikon 2” symbolizujący ten przekładaniec. Momus (właść. Nick Currie) napisał go dla Kahimi Karie, imitując piosenki pisane przez Serge Gainsbourga dla Jane Birkin, odwołując się przy tym do tego, że Karie była zawodowym fotografem i faktycznie robiła zdjęcia Gainsbourgowi. Wyszła więc szkocka imitacja japońskiej imitacji francuskiej imitacji anglosaskiego rocka, śpiewana po francusku głosem szepczącej dziewczynki – can you get better than that?
Tekst utworu jest komiczny i rozczulający – tak jak teksty klasycznych piosenek „ye-ye”, choćby „Tous Les Garcons Et Les Filles” Francoise Hardy. Opowiada o fotografce romansującej z pewnym niewiernym żigolo, która swoim Nikonem 2 utrwala wszystkie jego zdrady by kiedyś je opublikować w prasie, w ramach zemsty za swe „łzy płynące pod przyciemnianymi szkłami”. Cudo! Kelner, następne Suntory poproszę…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz