Najlepszy fikcyjny rockband ever


Rzeczywistość tak bardzo obsysa, że postanowiłem tego posta poświęcić tematyce całkowicie fantazyjnej – fikcyjnym zespołom rockowym. W tej kategorii absolutnym numero uno jest dla mnie zespół Stillwater z filmu Camerona Crowe „Almost Famous”.
Nie ukrywam, że zachowuję się tutaj trochę jak nastolatki z blogów o Tokio Hotel, bowiem grupę Stillwater cenię sobie nie tyle za jej muzykę co za to, że jej wokalistę gra jeden z moich najnajnajukochańszych aktorów, Jason Lee (czy on nie jest po prostu WIELKI w komediach Kevina Smitha, ze szczególnym uwzględnieniem roli Azraela w „Dogmie”?).
Ujawnię teraz być może jakieś mroczne sekrety swojej podświadomości, ale w ogóle cały film Crowe’a wywołuje u mnie trudne do opisania „warm and fuzzy feeling”. W tej opowieści każdy bohater ma niespełnione marzenia, które spełniają się na jego oczach ale nie całkiem zgodnie z oczekiwaniami, więc bohaterowie ryzykują, że marzenia przejdą im koło nosa a oni to przegapią. Jest w tym jakaś mądrość życiowa, ale nie rozwinę tego tematu, bo nie cierpię blogów z cyklu „pogadajmy o bardzo poważnych sprawach egzystencji”.
Fikcyjne piosenki Stillwater napisała Nancy Wilson, żona Camerona Crowe. Utrzymane są w stylu „rocka dla rednecków”, którego prywatnie nie lubię, ale w czasach mego dzieciństwa byliśmy nimi katowani przez Manna z Chojnackim. Sziteksów typu Allman Brothers w życiu więc bym sobie dobrowolnie nie puścił, ale jako soundtrack do filmu mającego ewokować moje dzieciństwo z roku 1973 nadają się znakomicie.

W swojej mrocznej podświadomości mam też coś komplementarnie odwrotnego, czyli odruchowe pragnienie by wszelakie medialne przekazy typu „peace and love” zawsze tłumaczyć… no może nie zaraz na „war and hate”, ale na coś w stylu „Can’t Buy Me Lunch” albo „All You Need Is Cash”. Dlatego zaraz za „Stillwater” w rankingu lądują u mnie The Rutles czyli Prefab Four, parodia Beatlesów stworzona przez Erika Idle dla BBC, czy raczej dla rzekomej Rutland Weekend Television (pewnego dnia stoczę się tak nisko, że ułożę w swoim blogu ranking fikcyjnych kanałów telewizyjnych). W filmie o The Rutles wystąpił też inny zespół, który wprawdzie tylko wymieniono z nazwy, ale już za samą nazwę też go kocham – Punk Floyd.

Jako honorejbelmenszyn wystąpi tu zespół Spinal Tap. Wiem, że są ludzie uważający „This is Spinal Tap” za szczyt wyrafinowania komedii rockowych, ale mnie to jakoś niespecjalnie rusza. Może właśnie dlatego, że wyrosłem z redneck rocka na dość wczesnym etapie i nie przeżywałem nigdy fascynacji oblechowo-heroinowo-flanelową autodestrukcją w stylu „On był skazany na bluuuusa”. Co za tym idzie, żarty o perkusiście, który zmarł zadławiwszy się wymiocinami (nigdy nie ustalono, czyimi), budzą we mnie najwyżej lekkie „he he”. Jednak w czasach, w których terroryści wygrali wojnę o lotniska poprzez coraz bardziej upierdliwe procedury bezpieczeństwa, Spinal Tap ma u mnie plusa za gag z ogórkiem w spodniach.
Disnohorejbelmenszynem będą The Oneders z filmu Toma Hanksa „That Thing You Do!”. Hanks ten film wyreżyserował, wyprodukował, napisał do niego scenariusz i umieścił w nim siebie w rolu supersympatycznego superuprzejmego faceta, który ma zawsze rację. Co za bufon! Dlatego właśnie kocham aktorów mających dystans do siebie – takich jak [serduszka]Dżejson[/serduszka].
Na koniec: z niesmakiem odkryłem, że nie ma na Wikipedii zbiorczego hasła „Lista fikcyjnych zespołów rockowych”. Dżimbo, kurna, obudźżeż tych swoich autorów, nie chcecie chyba, żeby Britanika walnęła takie hasło szybciej od was?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz