Dziennik postępuw

Uwielbiam teatr science-fiction. W fantastyce lubię nie tylko efekty specjalne, blastery i potwory z mackami (choć dobra macka nie jest zła). Cała spekulatywna czy aluzyjna warstwa fantastyki w teorii jednak powinna równie dobrze funkcjonować bez tego. W praktyce zresztą funkcjonuje, dziś rzadko, kiedyś na tyle często, że sztukę science fiction („Wizyta na małej planecie”) trzasnął nawet Gore Vidal. Dużo tego wystawiano także w Polsce. Dałbym wiele by zobaczyć wystawioną na żywo w teatrze telewizji adaptację „Czarnej walizeczki” Kornblutha z Holoubkiem w roli lekarza!
Nie mogłem oczywiście przepuścić takiej gratki jak monodram „Kwiaty dla Algernona” na podstawie opowiadania Daniela Keyesa w Teatrze Powszechnym w Warszawie. To też wystawiano w teatrze telewizji – jeszcze w roku 1980, z Pawłem Nowiszem w roli ograniczonego umysłowo osobnika poddanego eksperymentalnej terapii czyniącej go geniuszem – niestety, na krótko. Drugoplanową rolę psychologa grał w tamtej adaptacji nawiasem mówiąc Andrzej S. we własnej osobie.
Nowela utrzymana jest w formie „dziennika postępów”, który prowadzący eksperyment naukowcy kazali prowadzić głównemu bohaterowi. Początkowo pisze nieporadnie i nieortograficznie niczym jakiś polski portalowy prawicowiec. Potem jego „progres riport” zmienia się w „progress report”, główny bohater staje się geniuszem i widzi wszystkie błędne założenia terapii, jakiej go poddano. Wcześniej ten sam eksperyment wykonano na laboratoryjnej myszy, tytułowym Algernonie. Bohater obserwuje, jak zgodnie z jego przewidywaniami Algernon głupieje i umiera a potem oczekuje aż to samo dotknie jego samego. Progress report znowu staje się progres riportem.
W monodramie te zmiany oddaje swoją grą Tomasz Błasiak, aktor którego dotąd – przyznam – w ogóle nie znałem, bo gra głównie w telenowelach. Nieźle sobie jednak radzi z ewolucją bohatera – jest przekonujący zarówno jako ledwie dukający imbecyl jak i jako oschły, apodyktyczny geniusz, w którego się przekształcił pod wpływem operacji. Polecam, zwłaszcza stołecznym miłośnikom science-fiction.
Nie byłbym sobą gdybym nie skomentował jednego elementu scenografii – pojawia się tu mianowicie iMac G3 w wersji z roku 1998 (bondi blue) z nieoryginalną myszką – powszechnie znienawidzoną okrągłą myszkę podmieniono na młodszą o parę lat tzw. Apple Pro z pleksiglasu. Całość działa przynajmniej na poziomie power-up (nie widzimy ekranu, ale widzimy jego poświatę na twarzy aktora a optyczna myszka połyskuje na czerwono). W oryginalnym opowiadaniu z 1959 roku nie ma oczywiście żadnego komputera.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz