O motoryzacji PRL


Niedawna dyskusja z Krwawym Królikiem zainspirowała mnie do napisania notki o motoryzacji PRL. Mam do niej stosunek dwuznaczny o tyle, że z jednej strony motoryzację PRL – tak jak prawie wszystko w PRL – uważam za pozbawioną sensu ślepą uliczkę. Śmieszą mnie nostalgiczne teksty typu „ach, gdyby z powodów politycznych nie blokowano modernizacji Syreny czy produkcji Beskida, może podbilibyśmy światowe rynki”. Tak się mogło wydawać odciętym od świata sierotom w PRL, ale dziś możemy już na motoryzację patrzeć mniej więcej tak jak na nią patrzył przeciętny zachodni drobnomieszczanin w roku, dajmy na to, 1985. I tak jak ja dzisiaj raczej nie kupiłbym samochodu marki Wagadugu wyprodukowanego przez Botswana Motor Corporation, tak bym z pewnością nie kupił samochodu marki Warshawa marki Thin Fabric Of Personal Automobiles in Bolanda. No może jako fafnasty samochód do kolekcji dziwolągów, gdybym był ekscentrycznym milionerem.
Z drugiej strony, lubię rozważania o alternatywnych ścieżkach rozwoju techniki takich jak steampunk – gdzie fantaści fantazjują o tym, jak mógł wyglądać wiktoriański samolot czy komputer. W polskiej fantastyce można nawet zaobserwować wariant, który żartobliwie nazywam polpunkiem – fantastykę osnutą wokół wynalazków Geista z „Lalki” albo konstrukcji II Rzplitej.
Marzy mi się kolejny wariant takiej fantastyki czyli socpunk – załóżmy, że Zachód w latach 80. pochłonął jakiś kataklizm i blok wschodni chcąc nie chcąc wygrał Zimną Wojnę i spoczywa na teraz nim ciężar dalszego rozwoju cywilizacji. Która rozwija się więc z charakterystyczną dla komuny siermiężną badziewnością – wyobraźmy sobie rok 2006, w którym radzieccy naukowcy uruchomili już intierniet, ale podłączamy się do niego ośmiobitowymi komputerami Meritum IV, słuchamy muzyki z gramofonów Unitra Fonica a ja pracując w „Expressie Wieczornym” wreszcie się dorobiłem wymarzonego SUV-a marki Moskwicz 440…
W „Hotelu pod poległym alpinistą” Strugackich główny bohater mówi, że nie boi się jechać przez zaśnieżone góry bo „ma moskwicza”. Na tej stronce prezentuja Moskwicza 410 jako Subaru Forestera zrealizowanego 40 lat wcześniej. To trochę przesada, ale faktem jest, że Ruscy dość wcześnie zaczęli eksperymentować z dodawaniem 4×4 do samochodów osobowych (tymczasem aż do lat 90. Amerykanie i Japońcy w najlepszym wypadku potrafili przerobić pikapa 4WD na łże-kombi). Może więc w tym socpunkowym wariancie nie byłoby tak źle?
Miała być motoryzacja PRL, wyszła mi motoryzacja ZSRR. Sorki, ale moskwicz 410/411 jest po prostu fajniejszy od FSO Analog. No bo tak to jest z tym FSO, w każdym ustroju i w każdym wariancie historii alternatywnej jego oferta była ślepą uliczką.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz