Kleska Michnika

Dawno nie napisałem niczego politycznie kontrowersyjnego, a że przez dłuższy czas zamierzam zapełniać bloga notkami zainspirowanymi przez świeżo nabyte w SF książki, to za jednym zamachem nadrobię zaległości i zrobię zapasy na przyszłość przy pomocy Najbardziej Kontrowersyjnego Tematu Polskiej Blogosfery jakim jest niewątpliwie Adam Michnik i jego wielka porażka.
Ziemkiewicz napisał ponoć 400 stron o tym, że Michnik jest już tak bardzo skończony, że nie ma sensu mu poświęcić choćby i słowa. Mimo to agenci reżimu zakrywają jego książkę w empikach kartonowymi Puchatkami oraz ręcznie usuwają z różnych baz danych. Nie czytałem jej, bo szkoda mi kasy na książkę o kimś, kto jest zupełnie skończony, zwłaszcza że da się o tym przeczytać za darmo teksty dużo krótsze.
Na przykład taki: „Zola oskarża, lud ruszył na Bastylię. I jak Bastylia w dniu szturmu była już tylko aresztem dla pospolitych rzezimieszków, tak red. Michnik ad 2006 to zaledwie wspomnienie dawnego king-makera. Ba, czy kiedykolwiek nim był? Wyniki wyborcze jego pupili wydają się przeczyć. Dzisiaj wsparcie ze strony Agory jest wręcz gwarancją porażki”.
Pomijając to, że autor wykazał się typowo prawicową znajomością historii (Zola opublikował „Oskarżam” dobre stulecie po zdobyciu Bastylii), urocza jest logika opisu klęski Michnika. Otóż poniósł on klęskę, bo już nie jest tak potężny jak kiedyś był. A w dodatku kiedyś też wcale nie był taki potężny, więc to klęska podwójna.
Nie dziwię się, że autorzy tacy jak Ziemkiewicz wolą takie rozumowanie rozwodnić na paręset stron – wtedy może nie będzie widać na pierwszy rzut oka, że to idiotyzm. Tak naprawdę oczywiście Michnik nigdy ani nie miał żadnej władzy ani nie chciał jej mieć. Wystarczało mu to, że z jego ideami liczy się pewna część społeczeństwa. Nigdy nie aspirował do tego, by liczyła się z nimi całość. Nie sądzę, by ucieszyła go nowina o tym, że jest życiowym autorytetem dla jakiegoś hajhitlującego skinheada z Młodzieży Wszechpolskiej czy złodziejaszka z „Samoobrony”.
Kierowana przez Michnika „Gazeta Wyborcza” nigdy nie miała monopolu na kreowanie opinii. Zawsze prawica miała jak nie „Express Wieczorny” to „Życie Wołka”. A że prawica te pisma zarzynała jedno po drugim, to już naprawdę nie nasza wina. Teraz też to nie my namawiamy zastępcę redaktora naczelnego „Dziennika” do ośmieszania się przez wypełnianie pisma pochlebnymi recenzjami własnego zbiorku cienkich opowiadań science-fiction.
Nie lubiłem hasła „Trzecia Rzeczpospolita” jeszcze kiedy podpierały się nim szajbnięte odłamy prawicy. Miałem żal do „Gazety” o to, że tam gdzie ja widziałem podeptanie ideału państwa świeckiego – w religii w szkołach, w restrykcyjnej ustawie antyaborcyjnej, w konkordacie, w dopisaniu Boga do konstytucji – tam „Gazeta” widziała „kompromis”.
Ale teraz właśnie w moich oczach Michnik wygrał. Teraz nawet ja jestem gotów bronić Trzeciej Rzeczpospolitej, nie dlatego że uważam ją za raj na ziemi, ale dlatego, że znacznie bardziej nie podoba mi się to, co symbolizują Kaczyński, Lepper i Giertych. Już wolę tamte kompromisy od moherowej klerykalizacji kraju.
Gdyby Michnik dwa lata temu powiedział, że Kaczyńscy są tak bardzo zaślepieni żądzą władzy, że zaproszą do rządu kryminalistów, gwałcicieli i skrajnych nacjonalistów, uznałbym to za przesadę, no bo to jednak stara żoliborska inteligencja, która ma jakieś zasady.
Dzisiaj Michnik może pokazać Giertycha czy Wierzejskiego i powiedzieć, że właśnie przed taką prawicą ostrzegał przez 17 lat. Może powiedzieć „a nie mówiłem?”, a nawet roześmiać się głosem ponurym. To triumf. Mało wesoły, ale nad Wisłą mamy tradycję triumfowania na smutno.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz