Koryto

Felieton Ziemkiewicza w Newsweeku doprowadził mnie do bloga Zuzanny Falzmann i celnej obserwacji o polskich elitach przy korycie. Nie chodzi tu o koryto metaforyczne lecz kolokwialno-literalnie o wyżywienie na imprezach.
Uprawiam zupełnie inny typ dziennikarstwa, więc zwyczajów wyżywieniowych polskich VIP-ów nie obserwuję tak uważnie jak Zuzanna Falzmann, ale też mnie to kiedyś uderzyło. Zaproszono mnie raz na imprezę, na której pojawili się członkowie rządu i elit intelektualnych i sam doznałem osłupienia obserwując reakcję elit na odsłonięcie bufetu typu stół szwedzki.
To było niesamowite – po prostu się tratowali. Wielką przewagę nad pozostałymi miał pewien członek rządu tak wysoko postawiony, że jako jedyny przyszedł na imprezę z ochroniarzem z BOR. To dało mu przewagę nad pozostałymi – mógł nad głowami ciżby podawać borowcowi talerzyk ze śladami po jednym daniu i odebrać od niego czysty, by pałaszować następne. Gdyby ten sam manewr powtórzył ktokolwiek inny – musiałby odejść od bufetu, a wtedy już śmierć w oczach, umarł w butach, za nic nie dopchałby się z powrotem.
Obserwowałem to ze zdumieniem i fascynacją. Jeśli o mnie chodzi, to wolałbym być głodny niż jeść w taki sposób – nawet nie dlatego, że jestem jakimś takim znowu wielce wyrafinowanym arbitrem dobrych manier, po prostu na widok tłumu z talerzykami dostaję ciężkiej obsesyjno-kompulsywnej neurozy, że jeszcze mnie ktoś ochlapie jakimś niespieralnym sosem. Ale przede wszystkim nie widziałem potrzeby, przecież widać było, że i tak dla wszystkich wystarczy.
I wystarczyło – kiedy wszyscy się już najedli, przy bufecie, wciąż jeszcze pełnym jedzenia, zrobiło się luźno. Pamiętam, że w końcu ja też coś wszamałem w doborowym towarzystwie tych, którzy woleli poczekać. Poza mną byli to m.in. pewien znany warszawski anarchista oraz ówczesny ambasador USA w Polsce. Z ambasadorem uciąłem sobie miłą pogaduszkę o Tomaszu Jeffersonie a ze znanym anarchistą o pięknych dawnych czasach, w których spotykaliśmy się na ulicznych protestach przeciwko zakazowi aborcji i tym podobnych.
Mam nadzieję, że napisałem tę notkę na tyle wieloznacznie, że nie da się z niej prosto odgadnąć kadencji owego rządu czy tożsamości ambasadora i anarchisty. Bo ja naprawdę nie chcę nikogo obgadywać, ale zastanawia mnie, skąd się bierze to zjawisko. Zuzanna Falzmann go nie próbuje objaśnić. Ziemkiewicz uderza w swoje tradycyjne wyjaśnianie genetyczne, które mnie nie przekonuje. Bo przecież najbardziej paradoksalne tu jest to, że wystarczyło poczekać głupie pół godziny i jeść już po ludzku. Więc o co tu chodzi?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz