Wspomnienia zadymiarza

Sięgnąłem tam, gdzie gugiel nie sięga – po pierwszą wzmiankę o sobie na łamach w „Gazecie Wyborczej”. Tak starą, że w elektronicznym archiwum są tylko słowa kluczowe.
W tekście nie ma mojego nazwiska, bo byłem wtedy tylko szeregowym idealistą. Artykuł z 15 stycznia 1991 („GW” kosztowała wtedy 600 zł) zatytułowany był „Demonstracja pod ambasadą ZSRR”. Zorganizowano ją w proteście przeciwko użyciu radzieckiego wojska do ostatniej próby zdławienia niepodległościowych dążeń Litwy. Rosjanom udało się kosztem życia nieuzbrojonych cywilów zająć kilka kluczowych budynków, mieszkańcy Wilna gromadzili się zaś wokół parlamentu by uchronić choć ten ostatni przyczółek niepodległości.
Manifestacje w obronie Litwy ciągnęły się w Warszawie od paru dni. Tę zrobiły ugrupowania nieprecyzyjnie opisane w artykule jako „KPN, PPS-WRN, Solidarność Walcząca i Międzymiastówka Anarchistyczna”. Na pewno błędnie opisano tutaj przynajmniej PPS – byliśmy wtedy akurat zjednoczeni, bez dzielenia się na „PPS Lipskiego”, PPS-RD i TKK PPS, coś mi też mówi, że niedokładnie opisano anarchistów („międzymiastówka” to byli Szkielet i Karolek i uważałem ich za nieco zbyt stukniętych; za to bardzo lubiłem takie bardziej intelektualne środowisko z Przemkiem, Owcą i Ryciem, których serdecznie pozdrawiam jeśli zaglądają).
W kluczowym dla mnie punkcie artykułu autor „vip” napisał: „Tradycyjnie już spalono portret Michaiła Gorbaczowa i radziecką flagę, a portiernię ambasady obrzucono zgniłymi jajami i egzemplarzami ksiażki ”Przebudowa i nowe myślenie”.
Cóż, egzemplarz książki był jeden i jam to, nie chwaląc się, nim cisnął. Chciałem podpalić, ale się nie zajmował (hardcover edition).
Kto pamięta tamte czasy, ten nie da się nabrać na political fiction Ziemkiewicza. To przecież nie było tak, że w jakimś pojedynczym momencie „odzyskaliśmy wolność”. To był ciągły proces trwający od Okrągłego Stołu do wolnych wyborów parlamentarnych w 1991. Przez te 2 lata Polska była dziwacznym postkomunistycznym autorytaryzmem, który mógł ewoluować w każdym kierunku.
Można się też było spodziewać – i ja na przykład się tego bardzo obawiałem – że z jednej dyktatury wpadniemy w drugą, że czarni zastąpią czerwonych, że gorąco wtedy popierany przez Kaczyńskich prezydent Wałęsa zaprowadzi kleronacjonalistyczną dyktaturę. Kaczyńscy zerwali zresztą z Wałęsą zapewne właśnie dlatego, że nie chciał być polskim Mecziarem.
Inni obawiali się wtedy, że to początek kolejnego przykręcenia śruby przez ZSRR. Że to już koniec ograniczonej wolności i że przyszłe pokolenia będą wspominać lata 1989-1991 jak praską wiosnę czy węgierskie powstanie.
Taką obawę wyrażał w tym samym numerze „Gazety” w wywiadzie prof. Jerzy Holzer. „Konsekwencje mogą być trojakie. Albo interwencja zatrzyma lub cofnie przemiany, albo dojdzie do odmiennego traktowania prowincji i centrum, albo nastąpi załamanie modelu imperialnego” – mówił Holzer – a na pytanie „Jakie są szanse na ten ostatni optymistyczny scenariusz?” odpowiadał: „Bardzo małe (…) Najbardziej realna jest groźba, że po interwencji wróci – żeby tak powiedzieć – powrotna fala autorytaryzmu czy dyktatury”.
Nikt nie był wtedy tak mądry, by przewidzieć Polskę XXI wieku jako stabilną demokrację w której przeciętna pensja zbliża się do kilobaksa oraz jako pełnoprawnego członka wspólnoty europejskiej. Aczkolwiek znam jednego redaktora, który wówczas uważał za absolutny priorytet umacniające złotówkę reformy oraz kurs jednoznacznie proeuropejski, odkładając rozliczenia na lepsze czasy. I co, nie miał racji?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz