Autopsja ufoka czyli początki piosenek

Zgodnie z niegdysiejszą obietnicą, odczapistyczny ranking na luty poświęcamy najlepszym pierwszym zdaniom w piosenkach. W tej kategorii nie masz, nie masz nad pierwsze zdanie „Runaway” Dela Shannona, piosenki kojarzącej się wytrawnym telewidziom z serialem telewizyjnym „Crime Story”.

Rozstanie to jeden z najczęściej wałkowanych tematów piosenek, ale tutaj podmiot liryczny szczędzi nam na szczęście kiczowatego pitolenia w stylu „wierzyłem w nas ostatni raz”. Pokazuje nam siebie odchodzącego z miejsca, w którym odbyła się ta pożegnalna rozmowa. Już wszystko zerwane, już nic się nie da naprawić, klamka zapadła, pobite szklanki, nie ma zamawiania. Bohater nie próbuje więc już niczego odkręcać, zastanawia się tylko – co poszło źle?

Strasznie lubię też pierwsze słowa tekstu piosenki „We All Stood Still” Ultravox – „Światła zgasły, poszedł ostatni bezpiecznik”. Przyznacie chyba, że to dobry początek opowieści. W dodatku reszta tekstu nie psuje dobrego wrażenia – opisuje zagładę jakiegoś budynku (?), instytucji (?), statku kosmicznego (?), całej cywilizacji (?) w sympatycznie wyluzowany sposób. Bohater nie prosi o ratunek, bo też wie, że pobite szklanki a bezpieczniki przepalone – prosi tylko słuchacza, by wspomniał o nim w „taśmach, które pozostaną”.
Pierwsze zdanie piosenki „Splish Splash” powstało jako wynik zakładu o to, że nie da się napisać tekstu przeboju zaczynającego się od „Chlapu chlapu”. Początkujący piosenkarz rockandrollowy Bobby Darin założył się o to z radiowym didżejem Murrayem The K w roku 1958. Efektem była piosenka o facecie, który – chlapu chlapu – siedzi sobie w wannie w sobotni wieczór, lecz jego znajomi właśnie wpadli zrobić balangę-niespodziankę. Podmiot liryczny wyłania się z łazienki odziany jeno w ręcznik, ale słyszy swoje ulubione piosenki, więc zapomina o kąpieli i zakłada swoje buty do tańczenia. Utwór nie wyjaśnia, czy założył cokolwiek innego.

Piosenkę ilustruje kadr z odcinka „Somehow, Satan Got Behind Me” krótkotrwałego lecz znakomitego serialu „Millennium”, a to dlatego, że jego scenarzysta Darin Morgan dostał swoje imię po rokendrolowcu (uwielbianym przez jego rodziców). Wbrew pozorom, kadr nie pochodzi z serialu „Z Archiwum X” – to byłoby zbyt pięknie, żeby Mulder i Scully kiedykolwiek w tym serialu tak po prostu natrafili na autopsję ufoka, bez żadnej postmodernistycznej autoironii.
W serialu „Millennium” ironia zrobiła się wielopiętrowa. Był to – w uproszczeniu – serial o demonach kuszących ludzi. W tym odcinku występował telewizyjny cenzor, który się wścieka na serialowych scenarystów za umieszczanie nieprzyzwoitych wątków (kapitalny tekst: „Nie obchodzi mnie to, że ci kosmici nie mają genitaliów – jeśli mają krocza, to nie wolno ich tam kopać, wytnijcie to!”). Morgan doskonale znał takie sytuacje z szamotania się z cenzurą Foksa na planie „Z Archiwum X”.
Demony kuszą cenzora, by w końcu pozabijał tych wszystkich grzeszników. W rezultacie w „Millennium” widzimy więc zakończenie „Z Archiwum X” – w ostatnim odcinku, w którym wszystko się miało wreszcie wyjaśnić, nic się nie wyjaśniło, bo oszalały cenzor zabił Duchovnego i Anderson…

Ta notka nie wzbudzi raczej takiego flejma jak te o Michalik, ale śpieszę wyznać, że dla mnie jedną z najbardziej osobistych. Wyrażam w niej swoje uwielbienie dla dobrych _początków_, które bardzo sobie cenię w kulturze masowej (alternatywnym tytułem mojego bloga mogłoby być „attention deficit culture”, ale ktoś to chyba już wykorzystał). Oraz dla kultury po-mo. No i cała moja lewicowość wychodzi z tego wszystkiego jako logiczne dopełnienie.
Kocham obu Darinów, Bobby’ego (który śpiewał m.in. piosenkę pewnego znanego komucha) i Morgana. Co za tym idzie, nienawidzę wszystkich cenzorów chcących zasłaniać krocza kosmitom. W związku z tym sprzeciwiam się działalności pani Kruk, a co za tym idzie zwalczam reżim, który nam ją narzucił – a w publicystyce jego chłopców-rimmingowców. I tyle.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz