Lustracja Graczyka

W ramach lekkiej, łatwej i przyjemnej wakacyjnej lektury przeczytałem książkę Romana Graczyka „Tropem SB. Jak czytać teczki”. To świetna lektura i serdecznie polecam ją wszystkim: tak przeciwnikom jak i zwolennikom lustracji.
Dobrze napisana publicystyczna analiza jakiegoś tematu powinna dostarczać argumentów także tym, którzy się z autorem nie zgadzają – i to jest casus tej książki. Graczyk napisał ją by wykazać, że teczki IPN pozwalają poznać jakąś ważną prawdę historyczną oraz (jako bonus) że pozwalają poznać nie tylko historię zdrady i donosicielstwa ale też historie heroiczne tych, którzy współpracy odmówili lub też mieli odwagę się z niej wyplątać).
Drugi punkt Graczyk ilustruje historią czterech osób ze środowiska „Tygodnika Powszechnego”, które SB próbowała z mniejszym lub większym powodzeniem wciągnąć do współpracy. Wszystkie te historie Graczyk opisuje bez inkwizytorskiego zacięcia, starając się przedstawić punkt widzenia każdego agenta (lub kandydata na agenta).
Rzecz jednak w tym, że jak sam pisze we wstępie, te cztery przypadki wyselekcjonował z dużo szerszego zakresu badań, jaki sobie przyjął na początku: najpierw sformułował swój temat jako inwigilację krakowskiego kościoła w latach 1944-1989, w końcu zawęził to zaś do czterech osób z lat 60. W nieufnym czytelniku (a ja zawsze takim jestem) budzi to jednak wątpliwość w reprezentatywność obrazu – w końcu badając wynik eksperymentu polegającego na rzucaniu tysięcy monet bez trudu wyselekcjonujemy te kilka, którym dziesięć razy z rzędu wypadła reszka.
Wbrew obietnicom ze wstępu, Graczyk nie dowodzi jednak swojej podstawowej tezy, jakoby teczki przybliżały nas do poznania prawdy historycznej.
„Mimo Maleszki, Karkoszy (…) w debacie publicznej błąka się jeszcze, choć wprawdzie już nieco po kątach, przekonanie, że te archiwa nic nie wnoszą do naszej wiedzy o Polsce sprzed 1989 roku” – pisze Graczyk i obiecuje, że jego książka obali to przekonanie. Otóż nie obala, mnie raczej w tym przekonaniu utwierdziła. Badanie archiwów SB pozwala poznawać archiwa SB, ale w kwestii historii powszechnej – dziejów Kościoła, dziejow opozycji, dziejów badanego przez Graczyka czasopisma – nie wnosi nic, czego nie wiedzielibyśmy skądinąd. Sprawy Maleszki czy Karkoszy pozwaliły nam się dowiedzieć czegoś nowego o Maleszce czy o Karkoszy, ale przecież nie o historii środowisk, z którymi byli związani. Teczki SB pozwalają nam tylko poznawać historię działań SB, tak jak ćwiczenie rzucania podkowami pozwala rozwijać umiejętność rzucania podkowami.
Graczyk znakomicie opisuje sam proces werbowania agenta – od wezwania na rozmowę, które to wezwanie mało kto w latach 60. odważał się po prostu zignorować (choć jak wiemy z dzisiejszej perspektywy, to była właśnie optymalna strategia), przez skłonienie kandydata na agenta do podpisania zobowiązania do zachowania rozmowy w tajemnicy (który ludzie podpisywali przekonani, że tym kończą wszelkie kontakty z SB!), aż po szantażowanie delikwenta tym właśnie oświadczeniem (najskuteczniejszym środkiem dyscyplinowania agenta dla SB było zawsze „oj, bo wszystkim opowiemy, że jesteś naszym agentem”).
Detalicznie opisując ten proces Graczyk (nieświadomie?) wkłada oręż do ręki przeciwnikom lustracji bo pokazuje, że nikt nie był agentem „po prostu”. Nawet przypadki pozornie ewidentne po bliższym poznaniu okazują się przypadkami osób, które złamano jakimś szantażem, choćby właśnie szantażem typu „bierz tę forsę i nie marudź, bo ujawnimy to, że przedtem też ją wziąłeś”. Nikt nie zostawał „TW” na ochotnika.
Potwierdzając to, o czym od zawsze pisali przeciwnicy lustracji, Graczyk wywleka też na światło dzienne personalne animozje środowiska „TP” – bo tym właśnie przecież zajmowała się SB, szukaniem wiadomości o tym, że pan A. nie lubi pana B., a pani C. puszcza się z panami D. i E. Przy czym pan A. ani pani C. nie muszą być agentami – mogą być Bogu ducha winnymi osobami, o których plotki swojemu oficerowi opowiada TW „Alfabet”, po latach lustrowany przez jakiegoś bojowego publicystę.
W finale Graczyk dziwuje się temu, że choć od publicystów wymaga się wyrazistego stanowiska, to „zakazuje się im głosić własne oceny na tak nieobojętny moralnie temat, jak ludzkie postawy w PRL-u”. Jego książka utwierdziła mnie jednak w mojej bardzo wyrazistej ocenie kolesi, którzy ciesząc się z owoców bezpieczeństwa i dostatku demokratycznej 3RP przyklejają moralne etykietki ludziom z innej epoki. W historii ten błąd warsztatowy nazywa się „prezentyzmem”. Jednak tam, gdzie naruszane są interesy żyjących ludzi, poszukałbym mocniejszych określeń.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz