Nędza prawicowej publicystyki

W dyskusji o plagiatach Michalik pojawił się wątek, który chciałbym rozwinąć do osobnej notki – zarzucano mi (słusznie), że podane przeze mnie przykłady nie wystarczają do uwododnienia tezy, że takie są standardy polskiej prawicowej publicystyki. No pewnie, że nie wystarczają; zadaniem przykładów jest ilustracja tezy a nie jej dowodzenie. Ale kwestia prawicowych standardów jest sama w sobie ciekawa, bo faktem jest, że w dzisiejsze Polsce są niższe niż w publicystyce lewicowej.
Podkreślam kwestię czasu i miejsca, bo nie wynika to oczywiście z immanentnych cech lewicy czy prawicy. W innych okolicznościach – powiedzmy, w archetypalnym Berlinie Zachodnim roku 1968 – to raczej lewica przyciągała z jednej strony psycholi, z drugiej karierowiczów. W dzisiejszej Polsce takim magnesem jest jednak prawica.
Dlaczego? Od zarania III Rzeczpospolitej lewicowe poglądy nie pomagały w karierze. Prawica tymczasem dość wcześnie opanowała różne media – pampersowską TVP, różne gazety zakładane tylko po to, by były głosem prawicy (jak dzienniki: „Nowy Świat” czy „Życie”). To był świetny czas dla wkraczającego na rynek pracy młodego narodowo-chrześcijańskiego konserwatywnego liberała.
Gdy zakładaliśmy „Lewą Nogą” wiedzieliśmy, że musimy sobie znaleźć inne źródła utrzymania, bo za same lewicowe poglądy nikt nam nigdy grosza nie zapłaci. W tym samym czasie wszelkiego rodzaju „Miesięczniki Katolicko-Narodowe" rozkwitały za pieniądze podatnika lub płatnika abonamentu telewizyjnego.
Dziś w Polsce jest niewielu ludzi żyjących zawodowo z publicystyki, przyznających się do swoich poglądów. Zwykle są to świetni fachowcy w swoich dziedzinach – jak Artur Domosławski czy Adam Leszczyński, którzy tematykę Afryki i Ameryki Łacińskiej znają lepiej niż dowolny publicysta w tym kraju.
Prawicowy autor nie potrzebuje tymczasem do napisania artykułu żadnej bibliotecznej kwerendy (wygląda na to, że Ziemkiewicz całą „Michnikowszczyznę” trzasnął bez jednej wizyty w bibliotece!). Wystarczy mu generyczny schemat – siada i sobie stuka w klawiaturę, że mianowicie straszliwy terror politycznej poprawności sprawia, że Unia prostuje banany i dlatego należy obniżyć podatki, bo tylko wolny rynek uratuje nas przed feminazistkami, które nienawidzą mężczyzn bo są brzydkie.
Oczywiście, można sobie wyobrazić podobny schemat uniwersalnego tekstu lewicowego, ale różnica polega na tym, że za taki tekst nikt nie zapłaci. Na bloga se go moża najwyżej wrzucić (stąd niniejszy). Natomiast na generyczne bredzenie prawicowe kupiec się zawsze znajdzie – jak nie „Gazeta Polska” to „Fronda”, jak nie Lisicki to Michalski, jak nie „Nowa Fantastyka” to „Gość Niedzielny”. Dlatego jeśli ktoś chciałby karierę publicysty robić lekko, łatwo i przyjemnie – to najlepiej zadeklarować się jako wielki wróg politycznej poprawności i zwolennik wolnego rynku. Lewica jest dla tych, którzy poza poglądami mają też w jakiejś dziedzinie specjalistyczną wiedzę.
Od dawna myślałem o eksperymencie demonstrującym działanie tego mechanizmu – wymyślić sobie jakąś fałszywą tożsamość typu hrabia Marcin Dominik Dowgiełło-Drucki-Lubecki i podrzucać prawicowym redakcjom tekst będący ewidentnym bredzeniem chamsko zerżniętym z innego bredzenia, do wyrzygu przepełniony za to prawicową słusznością ideolo. Cieszę się, że Eliza Michalik ten eksperyment wykonała za mnie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz