Twardzi jak polski hiphop

Za dużo tej polityki u mnie ostatnio, więc najwyższy czas na tradycyjny comiesięczny ranking od czapy. W marcu zajmiemy się fascynującym zjawiskiem, jakim są polscy aktorzy gwarantujący swoją obecnością, że film będzie do niczego. Żebyśmy się dobrze zrozumieli (zwłaszcza w kontekście ewentualnego pozwu o naruszenie dóbr), nie mam nic do samych tych aktorów, często są to ludzie utalentowani i ciężko pracujący. Po prostu z jakiegoś tajemniczego powodu wyjątkowo często właśnie ich zaprasza się do filmów z beznadziejnym scenariuszem i amatorską reżyserią.

Bronisław Wrocławski to w tej kategorii numero uno magnifiko absolutistiko. Śródziemnomorska uroda sprawia, że ilekroć jakiś scenarzysta od siedmiu boleści wystuka słowa typu „WNĘTRZE. DZIEŃ. GABINET DON PALANTINO, GROŹNEGO MAFIOSO”, producent z bożej łaski zaczyna klaskać w łapki i wołać, że to wymarzona rola dla Wrocławskiego.
Jego rolą życia był Don Luciano Gambini w straszliwie beznadziejnej komedii sensacyjnej „Dublerzy”. Przynajmniej wreszcie grał prawdziwego włoskiego mafiozo a nie polskiego gangstera snobującego się na takowego – jak w beznadziejnej komedii niesensacyjnej „Francuski numer”.

Nie lubię telenowel, na Małgorzatę Foremniak zwróciłem więc uwagę dopiero w japońsko-polskim filmie „Avalon” wybitnego reżysera filmów animowanych Mamoru Oshii – który nie wiadomo po jaką cholerę zrobił w Polsce beznadziejny film nieanimowany. Foremniak biega w nim po czymś, co przeciętnemu Japończykowi wydaje się wyjątkowo przerażającą postapokaliptyczną ruiną, a przeciętnemu Polakowi po prostu banalnym Wrocławiem.
Największą sławę Foremniak przyniósł zapewne serial „Na dobre i na złe” (yuck!), tandetne superprodukcje „Stara baśń” i „Quo vadis” oraz mój ulubiony film – „Pitbull”, kryminał twardy i autentyczny niczym polski hiphop, pełen prawdziwie prawdziwej prawdy o twardzielach, o których twardości najlepiej świadczą ich profesjonalne ksywki: „Despero”, „Gebels”, „Ciągły”, „Nielat” i „Metyl”. Otóż Foremniak była kobitą „Metyla”.

Nie rozumiem dlaczego w „Pitbullu” zabrakło Radosława Pazury, aktora bardzo chętnie grającego prawdziwych twardzieli („Prawo miasta”, jou madafaka!). W połączeniu z jego aparycją miłego, inteligentnego i przystojnego przedstawiciela klasy średniej, daje to efekt niezamierzonego komizmu. Pamiętacie jeszcze Pazurę jako komandosa z „Demonów wojny” Pasikowskiego?
Na koniec tradycyjnie kilka honorejbl menszynsów. Przede wszystkim – Michał Żebrowski, który ma podobny problem co Pazura (tylko bardziej) i specyficzne zjawisko klątwy Machulskiego – aktorzy wylansowani przez tego reżysera (Jacek Chmielnik, Krzysztof Kiersznowski) często potem wpadali w wieloletni ciąg grania w strasznym chłamie.

Mimo całej sympatii do filmu „Za ścianą”, nie mogę w tym rankingu pominąć Mai Komorowskiej. Wyspecjalizowała się w roli polskich patriotek, które albo są gwałcone przez zwyrodniałych Rosjan na Syberii albo nawracają małych chłopczyków (żeby ci poszli do nieba jak tylko zginą z winy paskudnie ateistycznego ojca). Wygląda na to, że z zasady odrzuca ona scenariusze filmów, w których nie będzie nic o Cierpieniach Narodu Naszego Udręczonego ani o Wierze Naszych Praojców Przenajświętszej. Talk about pidgeonholing!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz