Norymberga 4

Znowu o polityce ale tym razem już z dystansem, który wolałbym zachowywać na swoim blogu – czyli zapowiadana notka o Norymberdze. Obiecuję ją od dawna w związku z komentarzami m.in. Beztlumika i Bloody Rabbita na inne tematy, chcąc tę dyskusję przenieść w stosowne miejsce. Czyli tutaj.
„I co, głupio jest powoływać się na wyroki w Norymberdze” – pytał retorycznie Rabbit zakładając, że tylko jakiś Bardzo Niedobry Człowiek mógłby tego powoływania unikać. Well, here I am. Ja unikam.
Doceniam historyczną rolę procesu norymberskiego (choć ta z kolei często jest przeceniana – pierwszy proces o zbrodnie wojenne miał miejsce jeszcze w 1474 roku), ale kluczowe słowo to „historyczna”. Z tego, że doceniam historyczną rolę Rewolucji Francuskiej jeszcze nie wynika moje poparcie dla gilotynowania kogokolwiek.
Proces norymberski łamał kilka ważnych fundamentalnych zasad sprawiedliwości. Nie będzie sprawiedliwości w tam, gdzie za określone przestępstwo ściga się tylko brunetów, blondyni zaś mogą się cieszyć bezkarnością. Norymberga tymczasem po pierwsze zakładała, że za zbrodnie wojenne karani będą tylko pokonani, po drugie zaś nawet wśród pokonanych dokonano przedprocesowej selekcji – włoskim zbrodniarzom wojennym za szybką kapitulację gwarantowano bezkarność.
Nieprzypadkowo wśród aliantów z największym entuzjazmem do idei trybunału odnosił się Stalin, który miał doświadczenie w robieniu pokazowych procesów. Udział radzieckich „prawników” w moich oczach wystarczająco hańbił sprawiedliwość, ale dodatkowo Norymbergę obciąża wykreowanie kilku prawnych neologizmów i rzutowanie ich wstecz, wśrod których moje największe zastrzeżenia budzi „zbrodnia przeciwko pokojowi”.
Wywiedziono ją z paktu Brianda-Kellogga z 1927 roku, który zobowiązywał sygnatariuszy do wyrzeczenia się wojny jako sposobu rozstrzygania międzynarodowych sporów. Jeszcze przed Norymbergą jawnie złamały go Włochy napadając na Etiopię. Po Norymberdze zaś wszyscy ważniejsi sygnatariusze złamali go gazylion razy – ze świeższych przykładów przypomnę przyłączenie się Polski do rozstrzygnięcia przy pomocy wojny sporu między USA a Irakiem o rzekomą broń masowej zagłady.
Pakt Brianda-Kellogga należy do różnych dziwacznych traktatów, których nigdy formalnie nie wypowiedziano, ale w praktyce spuszczono na nie zasłonę miłosiernego zapomnienia – podobnie jest dziś na przykład z międzynarodowym traktatem o zwalczaniu pornografii z roku 1910. Gdyby Chiny kiedyś pokonały w wojnie USA i Europę, mogłyby na jego podstawie urządzić zachodnim przywódcom proces o notoryczne łamanie tego traktatu („crime against mohair”).
Na dłuższą metę proces norymberski przyczynił się do fiaska denazyfikacji w RFN – dla postnazistów był wygodnym wykrętem („po co rozliczać przeszłość, skoro już była Norymberga”). Stąd ciągnąca się aż do przejęcia władzy przez Brandta w 1969 roku skandaliczna procesja nazistów na najwyższych stanowiskach w RFN. Brzydzę się też nieskrywaną radością, jaką wielu miało z sabotażu dokonanego przez kata, sierżanta Woodsa, który celowo dał skazanym zbyt krótkie liny – by konali przez dwadzieścia parę minut zamiast od razu zginąć od złamania karku.
Jestem pierwszy by przyznać, że bilans był w sumie pozytywny i że był to ważny krok na drodze rozwoju ludzkości. Ale to samo powiem o Rewolucji Francuskiej. A przyznasz chyba, Rabbit, że głupio jest powoływać się na jej dorobek dla obrony kary śmierci?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz