Now playing (28)

Kiedy byłem nastolatkiem, Cabaret Voltaire był właśnie tą grupą, której należało słuchać, jeśli się chciało być tak bardzo cool, że bardziej nie można. Oczywiście, dlatego wtedy ich nie słuchałem. Niedawno jednak w Ajtiunsach doklikałem się do składanki dwunastocalowych remiksów i nawet teraz, po tych wszystkich latach, jednak poczułem dreszcz coolności.
Moje nastoletnie lata upłynęły wszak w People’s Republic Of Poland, gdzie wszelaki winyl zachodniego wykonawcy był czymś cennym i rzadkim, nawet gdy był to chłam słuchany przez hoi polloi – jakiś „Marillion” czy inny Michael Jackson. Maksisingiel awangardowej brytyjskiej grupy byłby czymś tak bardzo cool, że gdyby dane mi było się z nim znaleźć w fizycznej bliskości bałbym się dotknąć z obawy, że przejdę w stan kondensatu Bosego-Einsteina.
Powyższy teledysk prezentuje wersję z albumu „The Covenant, The Sword and The Arm of the Lord” (1985), o długości 4:40. Dwunastocalówka ma prawie osiem minut. Te dodatkowe minuty to przede wszystkim hipnotyzujący, zautomatyzowany rytm jakiejś oszalałej, nieludzkiej maszynerii, w którą człowiek wbrew własnej woli chciałby się stać na densflorze. Ten rytm wyprzedcza o dobrą dekadę to co w swoich najlepszych latach grać będą wkrótce „Prodigy” czy „Chemiczni". Obowiązkowa pozycja porządnej plejlisty na potańcówkę dla ponuraków (na motywach gotycko-industrialnych).
Wszystkich byłych lub obecnych nastolatków zaglądających na mój blog chciałbym bardzo uprzejmie popoprosić o komentarz z zakresu termodynamiki muzykologii: co za Waszych czasów było lub jest muzyką ucieleśniającą Teh Zero Kelvin Of Coolness?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz