O lustracji na serio

Długi łykend nastroił mnie do refleksyj natury ogólnofilozoficznopolitycznej, proponuję więc wrócić do jakże lubianego przez nas wszystkich tematu lustracji dziennikarzy tym razem bardzo serio, od strony jurysprudencji. Zwolennicy tejże lustracji popełniają błąd, którego dotąd (chyba?) im nie wytknięto. To błąd nazywania dziennikarstwa „zawodem zaufania publicznego”.
Pojęcie zawodu zaufania publicznego definiowane jest w konstytucji. W artykule 17 mowa jest o tym, że w interesie publicznym pewne zawody mogą być ustawowo wyjęte spod pełnej swobody działalności gospodarczej – chodzi o to, że jak się komuś zawali dom zaprojektowany przez architekta-amatora, marną pociechą dla tego kogoś będzie to, że do następnego domu wynajmie lepszego fachowca. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest tutaj narzucanie kontroli jakości usług a priori, nie przez niewidzialną rękę rynku, tylko przez samorząd (korporację), wymuszający pewne minimum jakie ma spełniać osoba chcąca wykonywać zawód architekta.
W odróżnieniu od trudnych do zdefiniowania pojęć takich jak „dziennikarz” czy „prozaik”, zawód zaufania publicznego jest bardzo łatwy do zdefiniowania – definicja jest po prostu enumeratywna. Zawodami zaufania publicznego są te, które tak określono ustawowo. Póki co, dziennikarz zawodem zaufania publicznego nie jest – w odróżnieniu od architekta, pielęgniarki, dentysty, biegłego rewidenta i takich tam.
Facet uzasadniający lustrację dziennikarzy przez nazywanie ich „zawodem zaufania publicznego” ośmiesza się więc na dwa sposoby. Po pierwsze, ujawniając swoją ignorancję. Po drugie, przez wytworzenie surrealistycznej wizji lustrowania dentystów, weterynarzy i położnych (no bo jak wszystkie z.z.p., to dlaczego weterynarze nie? Muuu!).
Ludzie o peerelowskiej mentalności, jak bracia Kaczyńscy czy Andrzej Lepper, prawdopodobnie marzą o tym, żeby listę z.z.p. wydłużyć. W końcu skutki błędów w sztuce popełnianych przez – dajmy na to – wulkanizatorów, kelnerów, hydraulików czy fryzjerów mogą być dalece bardziej katastrofalne od tych popełnianych przez weterynarza. Dawaj, zapędźmy wszystkie zawody w obligatoryjne korporacje, które będą wyznaczać zawodowe standardy!
Moim zdaniem, to byłby głupi pomysł. Wkurzył cię wulkanizator? Następnym razem opony zmieniaj u innego. Wkurzył cię kelner? Nie daj napiwku i więcej tu nie przychodź. Wkurzyła cię gazeta? Więcej jej nie kupuj. W przypadku większości profesji – w tym w dziennikarstwie – wolny rynek sprawdza się lepiej w roli regulatora standardów od tego, co mogłyby narzucać obligatoryjne samorządy dziennikarzy czy wulkanizatorów.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz