Surviving Moustachistan


Leciałem ci ja raz sobie do Londynu, za plecami mając niezwykłego współpasażera. Przez cały czas nawijał do swojego sąsiada tubalnym „Borat English”, gdy zaś stewardessa serwowała posiłki, zapytał ją jeszcze tubalniej po polsku czy zna Cześka, bo Czesiek – jego bliski kumpel – to jakaś ważna szycha w cateringu „Lotu”. Stewardessa Cześka nie znała, ale w promieniu czterech rzędów pasażerowie przeszli już z dyskretnego chichotu do otwartego rotflowania.
Mój sąsiad wyraził mi po angielsku wyrazy współczucia. Bezczelnie to wykorzystując poprosiłem o małą przysługę. „Błagam, muszę to wiedzieć – czy on ma wąsy?” – szepnąłem. Sąsiad dyskretnie odwrócił głowę i potwierdził. Zachichotałem triumfalnie.
„It’s generational” – wyjasniłem sąsiadowi – „W Polsce moje pokolenie, które wchodziło w dorosłość już w kapitalizmie, przynajmniej próbuje żyć zgodnie z jego regułami. Goście starsi o 20-30 lat już wtedy mieli jakieś ugruntowane pozycje w partii komunistycznej, w opozycji albo po prostu w przemycie i weszli w kapitalizm z wszystkimi nawykami. Dla nich najważniejsze jest to, czy ktoś zna Cześka a nie to, co ma do zaoferowania. Z jakiegoś powodu oni wszyscy noszą wąsy. Więc czy w Polsce wygra lewica czy prawica, rządzą i tak zawsze mustaszyści”.
Notkę ilustruję skrinszotem z najlepszej polskiej komedii o mustaszyście – „Wesela” Smarzowskiego. Strasznie jej nie lubi mój wybitny kolega z działu, za sprawą jego tyrad niemalże ją przegapiłem w kinach (za to kompletnie niepotrzebnie poszedłem na „Pręgi”). Ale to pewnie rzeczywiście pokoleniowe.
Główny bohater – życiowa rola Mariana Dziędziela – to jeden z najbogatszych ludzi we wsi. Działa jednak jak typowy polski wąsacz. Nie ma konta w banku, kesz ukrywa w schowku w szklarni. Wesele córki urządza z przepychem, ale wszystko tu jest produktem jakiejś kombinacji – wódka z przemytu, żarcie z odpadów a samochód (prezent ślubny!) sprowadzony z Rajchu. W filmie cała ta wąsata oszczędność obraca się przeciw bohaterowi – na przykład samochód per saldo wychodzi mu w koncu drożej od nówki z salonu, a przy tym ma numery na liście skradzionych, więc strach nim w ogóle jeździć.
Tytuł notki ukradłem z przewodnika po Molvanii – wewnętrzna strona okładki reklamuje inne, już całkiem fikcyjne książki wydawnictwa Jetlag Travel. Wąsactwo jest właśnie tym co nas trzyma w okolicach Trzeciego Świata. W różnych dyskusjach – również na tym blogu – wraca argument, że my po prostu jesteśmy tacy strasznie biedni, że nie możemy wypożyczać płyt z wypożyczalni. Nie wierzę w takie tłumaczenie. Ferdynand Kiepski *zawsze* będzie wolał zajumać film niż wypożyczyć nawet jeśli wygra gazylion na loterii.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz