Lubię stereotypy

Czerwcowy ranking od czapy będzie niedbale zamaskowanym aktem bezwstydnego autolansu, inspiracją do niego bowiem jest mile łechcący me ego epizod – otóż z dalekiego Monachium przyjechało do mnie dojcze fernzejen zrobić ze mną wywiad o stereotypach popkulturowych. Zainspirował ich mój wiedeński esej bolandologiczny, co to go Frankfurter Algemajne streścił.
Cóż więc innego mógłbym rankingować, jeśli nie popkulturowe stereotypy?

Moim absolutnie najulubieńszym jest oczywiście stereotyp Europy Wschodniej jako erotycznego raju. Zgodnie z nim, wschodnie kobiety są najlepsze, they leave the West behind, a w dodatku bardzo łatwo taką tutaj zdobyć – na targu w Sankt Petersburgu 13-letnią dziewicę można sobie strzelić już za śmieszne sto rubli. Oczywiście uleganie urokom wschodnich kobiet bywa ryzykowne, ale przecież niekoniecznie dla lokalsów, którzy zwykle sami są powiązani z mafią i/lub wampirami.

Bywalcy niniejszego bloga z pewnością znają moje zamiłowanie do stereotypu ufoka z Roswell. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak zaciekła wojna dwóch obcych cywilizacji rozegrała się w sferze ziemskiej popkultury w drugiej połowie dwudziestego wieku. W początkowej fazie ufologia zdominowana była przez rasę „małych zielonych ludzików” (LGM), w latach 60. wyparł ją jednak gatunek Ufokus roswellis, weteranom starych gier komputerowych znana pod ksywką „Sektoidzi”, dla przyjaciół „Greys”. Jak to się stało, że „szarzy” wykończyli „zielonych”? Dlaczego jedne memy okazują się silniejsze od drugich? Cholera jedna wie, ale ja bardzo lubię takie dociekania.

I na koniec, jou madafaka, stereotyp Afroamerykanina, który z racji samego swojego koloru skóry zna się ogólnie na wszystkich sprawach będących marzeniem nastoletniego chłopca – mistrzowsko tańczy, zawsze umie załatwić właściwy towar i oczywiście doskonale radzi sobie z kobietami (w czym pomagają mu rozmiary XXXL). Bardzo lubię zbudowaną na tym stereotypie komedię „Soul Plane” – o linii lotniczej „niggaz only”, w której frunie samolot stjuninkowany niczym samochód oridżinalnego gangsta, ze spinerami i podświetleniem. Film się nie spodobał poważnym krytykom, co dla mnie zawsze jest miłą rekomendacją. Podejrzewam, że oburzenie jakie budził ten film wynikało po prostu z tego, że niektórzy yntelygentni ludzie nie lubią się przyznawać do tego, że śmieszy ich humor etnicznych stereotypów – mnie w każdym razie śmieszy i to bardzo (booyakasha!).
Wynika z powyższego, że filmem moich marzeń byłaby komedia o czarnoskórym amerykańskim agencie Majestic 12, który przyjeżdża do Polski badać powiązania peerelowskich służb specjalnych z sectoidami. I tutaj zakochuje się w tajemniczej historyczce z IPN. Mam już nawet tytuł – „XXXL Files”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz