Izraelici (aka NP40)

W tych rzadkich chwilach, w których jestem w dobrym nastroju, chce mi się układać plejlisty o pozytywnych wibracjach. Że deszcz już przestał padać i będzie piękny słoneczny dzień i tak dalej. Nie wiem czy wszyscy tak mają czy tylko ja jestem taki dziwny, ale jak mam doła, to nienawidzę optymistycznej muzyki – zamiast mnie podnieść na duchu, budzi we mnie ponuro sarkastyczne odruchy, dopowiadam od razu złośliwe puenty (w stylu „będzie piękny słoneczny dzień i klima pierdyknie”). Jak mi jest ponuro, tylko ponura muzyka może mnie pocieszyć.
Zdaje się, że z moim wypadkiem przeszedłem już z fazy gniewu i depresji do akceptacji, bo myśl o słuchaniu optymistycznej muzyki nie wywołuje u mnie już aż takiego totalnego pawia, jak – powiedzmy – tydzień temu. Z gracją godną ciężkiego przypadku choroby dwubiegunowej po dołującej blogonotce o Radiohead przeskoczę więc od razu do numeru jeden na mojej pozytywnej plejliście – „Izraelitów” Desmonda Dekkera.
Piosenka jest bardzo stara – ma tyle lat co ja – i była pierwszym międzynarodowym przebojem reggae. Jeśli dobrze rozumiem, jej tekst jest raczej mało wesoły – podmiot liryczny opłakuje swoją niską pozycję społeczną tudzież związany z nią rozpad rodziny.
Skąd te smęty? Nagrywając „Ob-La-Di, Ob-La-Da” Beatlesi chcieli zaflirtować z muzyką reggae i nawet imię jednego z bohaterów piosenki jest hołdem dla Dekkera. I co spieprzyli? Ano właśnie, tekst „Ob-La-Di, Ob-La-Da” jest do wyrzygu optymistyczny. Tymczasem piosenka reggae nie powinno opowiadać wesołych historyjek, powinna być pocieszycielką strapionych. Może dlatego właśnie ta muzyka jest mnie w stanie ładować pozytywną energią – nikt tu nie udaje, że życie jest piękne, bo szilowsjujeeejeeejeee, więc nie odpalają mi się mechanizmy obronne, po prostu leniwie kołyszę się na kulach do taktu i zapominam o troskach.
Zadajmy jednak najważniejsze pytanie: skąd tytuł? W kulturze rastafari, jeśli dobrze to rozumiem, Żydzi nie są przedstawiani ani jako źródło wszechpotężnego spisku rządzącego światem ani jako wieczne ofiary prześladowań, tylko jako metafora ludu wziętego do niewoli przez Babilon. W tekście tej piosenki „poor me, Israelite” należy więc rozumieć mniej więcej jako „o ja biedny człowiek pracy ciężko zasuwający na kieliszek chleba”. O ile dobrze rozumiem stereotyp tradycyjnego antysemityzmu alla Polacca, rola Izraelity jest dokładnie odwrotna – to on jest tym wyzyskiwaczem, na którego zasuwa „poor me, Polish salary man”. Wynika z tego, że kultura reggae to kultura antypolska, nie sensie „wroga Polsce” ale w takim sensie, w jakim pozyton jest antyelektronem. Gdyby Desmond Dekker spotkał ojca Rydzyka, obaj by zniknęli pozostawiając tylko kawał kwanta.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz