Łotergejt Kaczmarka

Wkurza mnie pojawiające się w komentarzach do rewelacji Kaczmarka słowo „Watergate”. Zdaniem prawicowych publicystów afera ta polegała na „podsłuchiwaniu obywateli USA”. To tak jakby powiedzieć, że afera Rywina polegała na spacerowaniu po tarasach Agory.
Nawet gdyby wszystko co powiedział Kaczmarek było prawdą, to ciągle bylibyśmy daleko od Watergate. Istotą tej afery nie było podsłuchiwanie tylko to, że prezydent zatrudniał ekipę bandziorów, dokonujących włamań, kradzieży, prania brudnych pieniędzy. Ponadto także podsłuchiwaniem, ale to tylko jeden z zarzutów, wcale nie najcięższy.
Z rewelacji Kaczmarka nie wyłania się póki co aż tak przerażający obraz (rzecz jasna, w miarę agonii reżimu przerażenie może się zwiększyć lub zmniejszyć). Co innego traktować służby specjalne jak prywatny folwark (a niezależnie od prawdziwości zeznań Kaczmarka, nie mam wątpliwości co do tego, że minister Ziobro je tak traktuje), a co innego utrzymywać własny gang działający już poza tymi służbami.
Gdy 17 czerwca 1972 roku ochroniarz kompleksu Watergate przyłapał pięciu kolesi na włamaniu do siedziby sztabu wyborczego partii demokratycznej, kolesie byli już niemalże weteranami w tej robocie. Rok wcześniej Nixon powołał grupę, której nadano nieformalne miano „hydraulików”. Jej pierwszym zadaniem było włamanie do biura psychoanalityka, z którego usług korzystał Daniel Ellsberg, analityk RAND Corporation, który przekazał prasie materiały pokazujące skrywaną prawdę o wojnie w Wietnamie. Notatki psychoanalityka miały pomóc w skompromitowaniu Ellsberga.
Notatek nie odnaleziono, ale hydraulicy działali dalej. Poczucie bezkarności sprawiło, że przestali dbać o elementarne środki bezpieczeństwa – stąd wpadka w Watergate. W procesie szybko wyszło na jaw, że nie byli to zwykli włamywacze, a ślady w oczywisty sposób prowadziły do Białego Domu. Senat powołał specjalną komisję śledczą.
Nixon zrozumiał wtedy, że sprawy nie da się już zatuszować – rzucał sądom na pożarcie kolejnych członków swojego gabinetu, wciąż jeszcze licząc na to, że uda mu się wykręcić sianem w stylu „ja nic o tym nie wiedziałem, to nadgorliwość moich współpracowników”. To akurat była sytuacja podobna do tej z Kaczmarkiem – przed komisją zeznawał bliski współpracownik prezydenta, który do niedawna był filarem rewolucji moralnej, a nagle od wczoraj się okazało, że prezydent zakończył znajomość z tym panem. I oczywiście Nixon wciąż sięgał po ten argument – czy można wierzyć zeznaniom kogoś umoczonego w takie afery.
Gwoździem do trumny Nixona okazało się urządzenie nagrywające rozmowy prowadzone w Gabinecie Oralnym. Gdy komisja dowiedziała się o istnieniu urządzenia, zażądała taśm z nagraniami mogącymi wykazać winę lub niewinność prezydenta. Zażądał ich też prokuratur Archibald Cox prowadzący dochodzenie w tej sprawie. Nixon wezwał swojego prokuratora generalnego i kazał mu wyrzucić Coxa. Ten odmówił i podał się do dymisji. Nixon polecił to samo jego następcy, który też odmówił i podał się do dymisji. Schodząc niżej po hierarchii Departamentu Sprawiedliwości Nixon doszedł w końcu do urzędnika, który wyrzucił prokuratora i mianował jego następcę (nazwiskiem Jaworski). Ten jednak znowu zażądał taśm, a ich wydania nakazał sąd. To już był koniec Nixona.
Wynikają z tego dla mnie dwa wnioski. Dobry: u nas nie jest tak źle, Kaczyński jeszcze nie wynajmuje bandziorów (a jeśli wynajmuje, to sprytniejszych niż Nixon, bo nie dają się złapać). I… trochę mniej dobry. Choć prokuratura pośrednio podlega prezydentowi, Nixon nie był w stanie zastopować dochodzenia przeciwko sobie. Czy polscy prokuratorzy od tylu lat zarządzani przez kreatury takie jak Ziobro i Kaczmarek, jeszcze potrafią zachować niezależność tak jak Cox i Jaworski? Bardzo, bardzo chciałbym w to wierzyć.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz