Herr Dyzma to Ubermensch

w
Zmęczony tekstami z cyklu „polskie elity są takie be, bo nam kwiat narodu Stalin z Hitlerem wymordował”, pozwolę sobie przypomnieć ponadczasową satyrę polityczną na polskie elity, zatytułowaną „Kariera Nikodema Dyzmy”. Powieść ukazała się w latach 1930-1931 na łamach endeckiego pisma „ABC – Aktualne, Bezpartyjne, Ciekawe” (tak wtedy, jak dzisiaj, gdy ktoś w Bolandzie się deklarował jako „bezpartyjny”, to znaczyło, że jest bezpartyjny jak Radio Maryja).
Bezpośrednią inspiracją dla Nikodema Dyzmy była kariera Romana Knolla, którego po zamachu majowym rzucono na odcinek kierowania polską dyplomacją, bo gdy Piłsudskiemu zgasł papieros, ręka Knolla jako pierwsza usłużnie podsunęła wodzowi zapalniczkę. Zgodnie z prawidłami ustroju autorytarnego, Knoll i tak nie był jeszcze najgorszym partaczem w sanacyjnej dyplomacji – wyrzucono go z MSZ po 5 latach, gdy skomentował nadejście ludzi Józefa Becka jako „najazd bandytów na dom wariatów”.
Inspiracją pośrednią był jednak tragiczny incydent z roku 1927, gdy Mostowicza – jako młodego, pazurnego dziennikarza „Rzeczpospolitej” – sanacyjne bandziory porwały prosto z ulicy. Wywieźli go pod Warszawę, pobili drągami do nieprzytomności i wrzucili do glinianki. Pisarza uratował rolnik, który przypadkiem był w pobliżu. Znalazł się też świadek, który zapisał numery samochodu zbrodniarzy. Okazało się, że sprawcami dowodził porucznik Bolesław Kusiński, oddelegowany przez sanatorów z wojska do policji. Ten zasłonił się w śledztwie „honorem munduru”, a w Drugiej Rzeczpospolitej to oznaczało koniec śledztwa. Zbrodniarzy nie ukarano.
Na krótką metę sanatorzy odniesli sukces – Mostowicz przestał pisać komentarze polityczne (a bezpośrednią przyczyną zbrodni był komentarz, poświęcony sprawie generała Zagórskiego, znanego przeciwnika Piłsudskiego – którego zamordowali „nieznani sprawcy”). Na dłuższą metę ponieśli klęskę straszliwą, bo rzuciwszy dziennikarstwo, Mostowicz zaczął pisać prozę i napisał znakomity portret sanacyjnych elit.
Bo przecież sam Dyzma – choć to cham i prostak – i tak wydaje się postacią całkiem sympatyczną na tle osobników takich, jak ministrowie Terkowski, Ulanicki i Jaszuński, jak mundurowy przygłup Wareda nie mówiąc już o szemranych biznesmenach takich jak Kunik vel Kunicki.
We wrześniu 1939 elity II Rzeczpospolitej powyciągały szwajcarskie paszporty z szuflad i wzięły nogi za pas. Dołęga-Mostowicz został w pobliżu granicy rumuńskiej by pomóc mieszkańcom opuszczonego przez władze miasteczka zorganizować samopomoc obywatelską. Jako przedstawiciel mieszkańców wyszedł na spotkanie wkraczającej Armii Czerwonej. Czterdzieści lat później towarzysze radzieccy wielkodusznie zwrócili zwłoki ojczyźnie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz