Humoryzatory

Idą święta, więc grudniowy ranking od czapy poświęcę filmom, które wprawiają mnie w Dobry Humor i nawet nie wiem, dlaczego. Coś w nich jest takiego, co serwuje mojemu wewnętrznemu dziecku freudowskie lody z bitą śmietaną, czy czego tam bachor potrzebuje do szczęścia.

Numerem jeden takich moich ukochanych filmów jest „Lost in Translation”. Wklejam tutaj najsłynniejszą scenę, ale kocham całość, od pierwszej sekundy do ostatniej. „Lip my stockings, mister Bob Harris”, „Mushi-Mushi!”, „That was stupid”, no mógłbym tak wyliczać scena po scenie, kwestia po kwestii, milczenie po milczeniu (dużo wspaniałych scen tutaj obywa się bez dialogów – to w końcu film o samotności i immanentnej niemożliwości porozumienia między ludźmi). Te sceny są przeważnie melancholijne, więc nie mam pojęcia, jak to dokładnie działa, że mnie to podnosi na duchu.
W finale mamy test Rorschacha: Bill Murray coś szepcze do Scarlett Johansson – nie wiemy co. Znaczy, wiem że niektórzy wiedzą, ale w analizie filmu to nie ma znaczenia. Sami sobie podkładamy, jak brzmiałby ten Ostateczny Pocieszycielski Tekst. Pewnie dlatego jest skuteczniejszy od rzeczywistych, którymi nas częstują ludzie, gdy nas dopadnie chandra unyńska.

Żadnej psychoanalitycznej teorii nie umiem dorobić do filmu „Shaun Of The Dead”. To, że rano jestem zwykle równie niewyspany jak główny bohater, poruszam się niezgrabnie jak zombie i mógłbym nie zauważyć Ostatecznego Załamania Cywilizacji, które akurat pechowo nastąpiło nocą, to chyba jednak za mało, bym odnalazł w tym filmie metafizyczną pociechę? Nie wiem jak to robię, ale ją jednak odnajduję.

Nie wiem też, co mnie pociesza w „Almost Famous”. Obietnica siostry głównego bohatera dla młodego nerda, „one day you gonna be cool”? Chyba nie, bo film by dalej na mnie działał bez tej sceny. Tutaj najbardziej zajutubkowaną sceną jest ta, w której lider grupy Stillwater stoi na dachu i krzyczy „jestem złotym bogiem!”, ale przecież ona nie jest taka zabawna, jeśli nie wiemy, co ją poprzedziło – otóż chwilę przedtem główny bohater kogoś rozpaczliwie pytał przez telefon: „po czym mam poznać czy jest naćpany”?
W ramach honorejbl menszynsów, troszkę kina spoza Hameryki. No na pewno "Fucking Amal" i na pewno „Harry, un ami qui veut du bien”. Polskie kino mogę doceniać, ale jakoś nie przychodzi mi do głowy nic wprawiającego mnie w dobry nastrój. Gdy spojrzałem na tę listę wyszło mi, że po prostu najlepiej robią to czarne komedie o absurdzie egzystencji, a w Bolandzie takich nie robią. Bardzo na siłę może „Giuseppe w Warszawie”, gdyby nie kaszaniarskie zakończenie, w którym główny bohater zostaje w końcu Prawdziwym Patriotą (TM). Bardzo lubię jednak pojedyncze grepsy z tego filmu, do dzisiaj czasem zdarza mi się powiedzieć w chwili pośpiechu: „Keine Zeit! Ars longa, vita brevis!”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz