Środa kontra Terlikowski

W Londynie rodzi się teraz dwa razy więcej polskich dzieci niż w Warszawie – od tej statystycznej ciekawostki zaczyna się znakomity artykuł Magdaleny Środy w „Świątecznej”. Mój światopogląd ukształtował się na studiach przyrodniczych, więc dla mnie twardy, empiryczny konkret jest czymś, czego nie mogę zignorować. Teoria, która nie umie wyjaśnić tego fenomenu, w moich oczach nie zasługuje na nic poza rozbiciem jej o kant bioder Poppera.
Środzie odpór daje niezawodny kolega Terlikowski. W swoim typowym stylu skupia się na abstrakcyjnym pierdu-pierdu o matrycach antropologicznych. Do empirycznego konkretu w ogóle się nie odnosi.
To nie jest przypadek. Spór o in vitro sprawił, że na naszych oczach zaczyna się wreszcie otwarta konfrontacja między dwoma sprzecznymi modelami ludzkiej seksualności. Dopóki żył Jan Paweł Drugi – żarliwy propagator i współtwórca jednego z tych modeli – spór był wytłumiony, bo chociaż większość Polaków odrzucała ten model w praktyce, nie odważała się na gło powiedzieć tego, że z całym szacunkiem, tutaj Nauczanie Papieża Polaka im nie pasuje. Nowy papież nie budzi już takich emocji, więc teraz odbędziemy spóźnioną dysputę, którą cywilizowane kraje przeszły cztery dekady temu.
Model katolicki wygląda mniej więcej tak: ludzka seksualność stanowi wartość sama w sobie. Ludziom nie wolno jej traktować instrumentalnie dla zaspokojenia swoich doraźnych potrzeb. Wolno im z niej korzystać tylko zgodnie z przeznaczeniem, dla którego dał im ją Bóg. Jeśli odczuwają w związku z tym jakiś dyskomfort – na przykład obawiają się, że nie będą w stanie utrzymać kolejnego dziecka albo z jakichś powodów nie odpowiada im tradycyjny model rodziny – to ich problem.
Model permisywny wygląda tak: ludzka seksualność sama w sobie nie jest wartością. Ma wartość tylko o tyle, o ile służy człowiekowi. Gdy człowiek ingeruje w swoją seksualność dla swoich doraźnych korzyści, to jest w tym tyle samo złego, co w ratowaniu się rapacholinem po obżarstwie.
Katolicki model zarysowany został w encyklice Pawła VI „Humanae Vitae” z 1968 roku, do której chciałbym kiedyś wrócić osobnym tekstem. W dużym stopniu do jej kształtu przyczynił się Karol Wojtyła (wówczas jeszcze tylko prosty arcybiskup). Encyklika ta poróżniła Watykan nie tylko z innymi wyznaniami chrześcijańskimi ale także z wieloma katolikami – po dwóch miesiącach zdystansował się od niej na przykład episkopat kanadyjski.
Wrócmy teraz do empirycznego konkretu, o którym nie chce mówić Terlikowski. Interpretacja Środy (zgodna z modelem permisywnym) jest taka, że gdy ludzie mogą decyzję o swoim rodzicielstwie podejmować w pełni świadomie, to podejmują ją chętniej. Zwłaszcza, gdy wiedzą, że w razie jakichś problemów, mogą liczyć na pomoc społeczeństwa – które zapewnia im np. pracowniczy mikrożłobek, zasiłki czy choćby knajpy z łazienkami przystosowanymi do przewijania niemowląt. Dlatego Polki chętniej rodzą nad Tamizą niż nad Wisłą.
Interpretacja katolicka Empirycznego Konkretu nie istnieje – dlatego właśnie Terlikowski go pomija. Woli typowe dla swojego środowiska teoretyczne rozważania, że przecież musi być inaczej, przecież właśnie tam, gdzie panuje wroga rodzinie cywilizacja śmierci, tam na pewno musi się rodzić mniej dzieci, bo matryca antropologiczna coś tam śmoś tam pierdu pierdu. Śliczna teoria, ale nie pasuje do faktów. Oczywiście, człowiekowi prawdziwie wierzącemu nie powinno to przeszkadzać, ale… ilu w Polsce zostanie tych ludzi prawdziwej wiary w ciągu najbliższej dekady?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz