Kult Jana Frumskiego

W notce o dniu konsumenta powrócił wątek polskiego kargizmu – który moim zdaniem był dominującą religią w polskim społeczeństwie w latach 80. Oficjalnie wyznawaliśmy katolicyzm, naprawdę wierzyliśmy w cargo, jak mieszkańcy wielu wysp Pacyfiku, co to jedno mówią misjonarzom a drugie między sobą.
Kult cargo antropolodzy obserwują od kiedy zachodnia cywilizacja zaczęła spotykać prymitywne społeczności (czyli od samego początku). Widząc przedmioty, których nie da się sporządzić z tego, co da się w dżungli ściąć czy upolować, prymitywne społeczności uznają, że mają do czynienia z produktami pochodzenia rajskiego. A ponieważ od posła Suskiego aż po szamana Mumungi-Bubungi, każdy jest przekonany, że to właśnie jego plemię (wioska, naród etc.) jest szczególnie umiłowany przez Istoty Zamieszkujące Raj, pojawia się interpretacja: te rajskie produkty miały trafić do mnie, ale białe diabły je przechwyciły podstępem. Muszę jakoś się porozumieć z I.Z.R., żeby im wyjaśnić nieporozumienie. Tak powstaje kult cargo.
Najbardziej zorganizowaną formę przyjął w postaci kultu Johna Fruma na wyspie Tanna w archipelagu Vanuatu. W czasie drugiej światówki mieszkańcy zetknęli się z amerykańską armią. Coca-cola, batoniki Hersheya czy bawełniane ubrania musiały zrobić piorunujące wrażenie na ludziach żyjących na poziomie neolitu. Tajemniczy mundurowy nazwiskiem John Frum przedstawił się tubylcom jako wysłannik Istot Zamieszkujących Raj i obiecał, że jak już wróci za horyzont, wyjaśni sprawę i odtąd cargo będzie trafiać do prawowitych odbiorców.
Kult cargo początkowo spowodował na wyspie Tanna krach gospodarczy. Mieszkańcy przestali pracować i wydali wszystkie pieniądze – na cóż praca i oszczędność, skoro John Frum zaraz im wszystko załatwi za darmo?
Frum niestety nie nadszedł w tym roku, ani w następnym. Ale wyznawcy nie poddali się. Zaczęli budować bambusowe makiety lotnisk, a nawet śpiewać pieśni będące imitacją tego, co zapamiętali z amerykańskiej muzyki pop. W 1957 roku Nakomaha, przywódca wyznawców John Fruma, zapoczątkował tradycyjną paradę 15 lutego, świętowaną do dzisiaj. Wyznawcy Johna Fruma zakładają imitacje amerykańskich mundurów lub po prostu malują sobie „USA” na gołym torsie i paradują z bambusowymi karabinami – licząc na to, że Istoty Zamieszkujące Raj w końcu przyślą obiecane cargo.
Możemy się z nich nabijać, ale moim zdaniem gdy w latach 80. kolekcjonowaliśmy puszki po napojach i wysyłaliśmy do zachodnich firm prośby o przysłanie nalepek i prospektów (pamiętacie tę modlitwę kargizmu: „Dear sirs, I am very interested in your products”?), robiliśmy dokładnie to samo.
Zdaje się, że tu tkwi klucz do sporu o III i IV Rzeczpospolitą. Część z nas uznała, że 1989 roku nastąpiła paruzja – John Frum nadszedł ucieleśniony w reformach Balcerowicza. Cargo uwolnione z Peweksów trafiło do spożywczaka za rogiem i nie trzeba już było szamańskich rytuałów, by chleb powszedni Nutellą posmarować.
Osobiście jako młody lewak przez pewien czas jeszcze odstawiałem Szawła z Pepeesu, zwalczając wyznawców nowego przymierza z Frumem. Eseje pisałem o dehumanizacji w centrach handlowych i zgubności konsumpcji bezmyślnej. Ale gdy kapitalizm III Rzeczpospolitej przyszedł i do mnie, dotknął plugawych szat moich i te zmieniły się w marynarkę od Zary i koszulę z H&M, opadły mi łuski z oczu i dołączyłem do wyznawców.
Zwolennicy IV Rzeczpospolitej wciąż czekają na Johna Fruma, odrzucając ten kapitalizm, jaki dostaliśmy. Bo też i co to panie za kapitalizm, że tak ciężko pracować trzeba, a na mieszkanie czy samochód się zapożyczać. No nie tak miało być, nie to przepowiadali nam 20 lat temu dwaj wielcy prorocy kargizmu: Blejk Karington i Stefania Harper.
Charakterystyczne dla ich dyskursu są formuły typu „to przecież żaden kapitalizm, w prawdziwym kapitalizmie nie ma korupcji/podatków/kumoterstwa/obowiązkowych ubezpieczeń/norm BHP” (itd.). Bo to przecież politycznie poprawny eurokołchoz, a nie kapitalizm. Ten nadejdzie dopiero, gdy tak powiedzą prorok Korwin (jedna frakcja) lub Mamuśka Prezydenta (druga frakcja) – wtedy nie będziemy musieli pracować, bo John Frum nam wszystko załatwi… Jak nie w tym roku, to w następnym.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz