Nieuchronny rozpad PiS

Od dłuższego czasu noszę się z blogonotką zainspirowaną sporem między dwoma komentatorami o przyszłe wybory prezydenckie. Chciałem ją uświetnić fajnym fleszowym kalendarzem odliczającym koniec kadencji Lecha Kaczyńskiego – ale rozważania o tym, jak go wkleić i czy aby na pewno jest na gpl/cc, trwały zbyt długo, bo tematyka notki może się błyskawicznie zdeaktualizować.
Bardziej od prezydenckich wyborów ekscytują mnie bowiem wyniki wyborów parlamentarnych. Te po prostu nie mogą nie być sensacyjne. Dlaczego?
Prawidłowością w naszym kraju (a także w całym naszym regionie) jest to, że każda rządząca koalicja rządziła dotąd przez jedną kadencję, początkowo ciesząc się dużym zaufaniem społeczeństwa, ale przez ostatni rok mając już pikujące w dół sondażowe słupki, serię rozłamów i rząd mniejszoścowy lub nawet przedterminowe wybory. Zwycięzcy wyborów ponosili zawsze upokarzającą porażkę w wyborach następnych, po czym rozlatywali się na kawałki niczym chiński SUV w crash teście.
Wynik następnych wyborów będzie więc sensacyjny na jeden z trzech wykluczających się sposobów.
Po pierwsze, Platforma może być pierwszą partią w dziejach 3RP, która będzie rządzić przez drugą kadencję. Wskazywałaby na to bezprecedensowa sondażowa bonanza (każdy rząd w Polsce dotąd cieszył się miodowym miesiącem tuż po wyborach, ale nikomu poparcie nie przekroczyło 50%) oraz słabość opozycji, dodatkowo osłabianej tym, że jeszcze przez trzy lata na koszt podatnika kampanię na rzecz Platformy Obywatelskiej będzie prowadził Lech Kaczyński. Ale żeby akurat PO miało dokonywać historycznego osiągnięcia? Z całym szacunkiem dla Grzegorza Schetyny, nigdy nie robił na mnie wrażenia Polityka Przechodzącego Do Historii.
Po drugie, PiS może odzyskać władzę. Wskazywałaby na to historyczna nieuchronność porażki PO. A jak przegra PO, no to kto wygra, chyba nie Wojciech „Porażka to moje drugie imię” Olejniczak? Przeciw temu przemawiałoby jednak to, że z prawidłowości sugerującej nieuchronną klęskę PO wynika też równie nieuchronny rozpad PiS. Jeszcze żadna taka przegrana partia nie dotrwała do nowych wyborów w tym samym konfigu – najłagodniejsza była transformacja SdRP w SLD, ale już zeskrobywanie z betonu resztek po AWS czy KLD było wieloletnim, żmudnym procesem.
Po trzecie, wybory wygra ktoś trzeci. Najbardziej realistyczny scenariusz, jaki umiem sobie wyobrazić, to lądowanie na Ziemi Kanga i Kodos, którzy założą nową partię w Polsce. Nie wierzę bowiem ani w wyłonienie się silnej alternatywy z rozsypanej centrolewicy ani z Chrześcijanskiego Ugrupowania Jurka. Jednym i drugim daję najwyżej paręnaście procent, a i to przy założeniu sprzyjających wiatrów.
Za jakieś trzy i pół roku będę więc bardzo zaskoczonym człowiekiem.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz