Symbolika krzyża w Sejmie

Jak wiadomo, prawicowcem w Polsce zostaje się albo w związku z niedostatkiem inteligencji albo wyobraźni. Jarosław Gowin zadeklarował, że w jego przypadku chodzi o to drugie – jego wyobraźnia jest tak dalece niesprawna, że nie potrafi sobie wyobrazić sali sejmowej bez krzyża.
Namiastką dla ludzi bez wyobraźni może być pamięć. Z tą u Gowina chyba też krucho, przypomnijmy więc, skąd się ten krzyż w polskim parlamencie wziął. Wziął się prawem kaduka. Od początku III Rzeczpospolitej toczyła się debata o wieszanie symboli religijnych w instytucjach publicznych. Konstytucje i inne takie papiurki teoretycznie obiecywały nam świeckość państwa, ale że były skażone niesłusznym ideologicznie rodowodem – ten argument miał niewielkie znaczenie wobec ówczesnego miażdżącego kontrargumentu Marka Jurka: „tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.
W duchu marksistowskiej praxis, jałowe dyskusje rozstrzygnął w październiku 1992 senator Henryk Czarnocki z Porozumienia Ludowego, dokonując „action directe” – czyli po prostu na rympał i na chama go wziął i zawiesił, a co się będzie. Na szczęście jak zwykle mogliśmy liczyć na obrońców laickiej inteligencji, Unię Demokratyczną. Zastrzeżenia wobec akcji senatora Czarnockiego wyraził mianowicie reprezentujący tę partię w Senacie Edward Wende.
Jak informowała „Gazeta Wyborcza” 14.11.1992, Edward Wende „wyraził obawę, że krzyż wisi na kurtynie i po jej rozsunięciu może spaść”. Marszałek Chełkowski miast masona batogiem oćwiczyć i psami poszczuć, uwzględnił nawet te postulata i zasugerował przeniesienie krzyża nad drzwi. Ech, te czasy kompromisów pana, wójta i plebana, cosik mi się nostalgija jakowaś pod guńkami narychtowała, hej.
Za przykładem Senatu w następnym roku krzyż chcieli sobie także powiesić panowie posłowie, nawet marszałek Kern już-już chciał to zrobić z wszystkimi pozorami legalności, ale na szczęście biegunka posła Dyki i iloraz inteligencji posła Pietrzyka doprowadziły do ekspresowego zakończenia tej kadencji Sejmu, a w następnej kadencji władzę objęło coś w rodzaju lewicy, krzyż – również po chamsku i na rympał – zawieszono więc dopiero gdy do władzy dorwał się AWS.
Jak dalej potoczyła się kariera senatora Czarnockiego, któremu Jarosław Gowin zawdzięcza ten jakże drogi mu symbol? Nie muszę chyba wyjaśniać, jak wielką estymą senator Czarnocki darzył święto Trzeciego Maja, dzień szczególnie ważki dla każdego prawdziwego Polaka-katolika. Z okazji 3 maja 1993 senator narąbał się do tego stopnia, że mając 1,8 promila spowodował wypadek drogowy, kasując w drobny mak służbowego bolida marki FSO 1500.
Świadom immunitetu odmówił jednak dmuchnięcia w alkomat, bo wy sk… nie wiecie, k…., chto ja jessem, ja jessem, k…, p… ssenator w d… j… rrzeszpospolitej, k…. Spowodowało to mały kryzysik konstytucyjny, był to precedensowy przypadek i nie wiadomo było, czy w ogóle uda się senatorowi Czarnockiemu odebrać immunitet, może raczej trzeba będzie ukarać wszetecznych policjantów za zmuszenie niewinnego prawicowego polityka do badania krwi?
On sam pogrążył się wypowiedziami typu „abstynentem nie jestem” i „kto pije i płaci, honoru nie traci”, więc w końcu odebranie immunitetu jednak klepnięto. W maju 1994 roku skazano go na rok w zawiasach i zakaz prowadzenia pojazdów przez cztery lata, udało mu się jednak wybronić wyjątek – prawo do prowadzenia traktora. Uzasadnił to rezygnacją z polityki i powrotem do pracy na roli.
Prokurator zgodził się na tę prośbę, uzasadniając to tym, że powrót oskarżonego za kierownicę traktora przyniesie korzyść jego gospodarstwu, a jeszcze większy – parlamentaryzmowi polskiemu (za „GW” z 17.05.1994).
Panie Gowin – dla mnie krzyże w Sejmie i Senacie zawsze będą symbolizować dorobek senatora Henryka Czarnockiego, wybitnego prawicowego polityka, który ustanowił aż dwa ważne precedensy w dziejach parlamentaryzmu III Rzplitej.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz