Jeszcze o Maleszce

Sorki, że w tej lodówce znowu będzie siedział TW Ketman, ale sprawa mnie ekscytuje, bo nie codziennie człowiek ma okazję znaleźć się jak w historii z mojego ulubionego serialu. W tekście Alka Kaczorowskiego znalazłem kapitalne podsumowanie Maleszki: „Erudycyjne wywody, z których słynął, polegały najczęściej na streszczaniu lektur”. Ja miałem podobne wrażenie, dlatego ciągle podejrzewam, że kolega Nasiznajomi tylko dla podpuchy twierdzi, że cenił sobie Maleszkę jako publicystę.
Nikt nie kwestionuje magnetofonowej pamięci Maleszki, ale ja osobiście nie przepadałem za jego publicystyką, bo nie umiał wykorzystać swojej erudycji do budowania zapadających w pamięć syntez. Jego argumenty najczęściej sprowadzały się do recytowania frazesów w stylu „Autorytet powiedział, że…”.
Kiedy Katarzyna Kolenda-Zaleska przyznała, że Maleszka był dla niej mentorem, uśmiechnąłem się złośliwie, bo KKZ jest wierną uczennicą szkoły argumentacji „z autorytetu”, że przypomnę wracający w jej publicystyce jak refren pytanie „czy jesteśmy dostatecznie wiernie wierni Nauczaniu Jana Pawła Drugiego”. Nawet gdybym był w Kościele, mierziłoby mnie ślepe posłuszeństwo jakiemukolwiek ludzkiemu autorytetowi, choćby był to sam papież (i pewnie dlatego zresztą nie jestem).
Maleszka tymczasem był nieodrodnym potomkiem środowiska krakowskiej konserwy i widać to w jego polemikach z lewicą, które pozwolę tu sobie przypomnieć.
Na trzy miesiące przed swoim upadkiem Maleszka polemizował z profesorem Wiatrem, podkreślając niezbędność rozliczenia SLD za komunizm: „relatywizm, jaki zaproponował prof. Wiatr (realista robi to, na co pozwalają okoliczności czasu i miejsca), jest niebezpieczny. Zbyt łatwo usprawiedliwia karierowiczostwo, cynizm, oportunizm – najpospolitsze choroby polityczne późnej PRL. Po drugie, ów relatywizm w pewnych sytuacjach może rodzić podejrzenia. Zawsze będą się pojawiać pytania w rodzaju: czy poparcie dla Gazpromu nie wynika czasem z tajemnych konszachtów SLD z dawnymi towarzyszami, którzy właśnie powrócili na Kreml?” („Pragmatyk na manowcach”, 20.08.2001).
Najbardziej jednak lubiłem te nieszczęsne recenzje książkowe. 26.06.1999 Maleszka napisał niby-recenzję „Roku 501” Chomsky’ego, polegającą po prostu na cytowaniu herezji zawartych w tej książce („Głęboko antydemokratyczne naciski na kraje Trzeciego Świata i notoryczne odwoływanie się do terroru w celu wyeliminowania z życia politycznego liczebnej większości społeczeństwa”… no jak można w ogóle Ameryce coś takiego zarzucać?), kończąc potępieniem lewaka z pozycji autorytetu („Wystarczy. Można by cytować tę książkę całymi rozdziałami. Ale do każdej informacji należałoby pisać kilometry sprostowań”).
W kwestii „best of Maleszka” moim prywatnym numerem jeden zawsze już pozostanie jego recenzja ze „Społeczeństwa spektaklu”. Lewackie herezje Guya Deborda Maleszka potępił surowo 26 września 1998: „Czy w Polsce dojrzeje pokolenie, które potraktuje tę książkę niczym wyrocznię? Mnie to nie grozi. Owszem, też czasem kpię z tego ulizanego durnia w telewizorze, który niewoli panienki zapachem nowego dezodorantu. Zaraz jednak przypominam sobie czasy kolejek i kartek. Jak to dobrze, że żyję w świecie, w którym wszystko jest na sprzedaż…”
Krótko mówiąc, Maleszka mógł sobie być wielkim autorytetem dla ludzi, na których działają argumenty typu „lewica to kolejki, a więc lewica jest iiiiwil”, „Ameryka zawsze broni demokracji, więc Chomsky jest gupi” albo „no bo tak powiedział Autorytet”. Na mnie nie działały, dlatego dla mnie ta sprawa nie była była takim wstrząsem, jak dla Kolendy-Zaleskiej, Wildsteina czy naszych drogich prawicowych blogerów, co to naprawdę się martwią tajemnymi konszachtami towarzyszy z SLD. I odrzucają ten wynalazek cywilizacji śmierci, jakim jest dezodorant.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz