Ajajajajaj, Puerto Rico

W dyskusji pod notką o służbie wojskowej pojawił się wątek o różnicy między podatnikiem a obywatelem i pytanie o to, czy przymusowy pobór może kształtować obywatelskie postawy. Uważam taki pogląd za bzdurę, a linia argumentacji jednego z uczestników, że kształtowaniu obywateli służy „pokazanie, że Państwo może każdego do czegoś zmusić” za groźny przykład tego, jak zasadniczo błędnie jest u nas rozumiane pojęcie „obywatela”.
Stąd notka skupiona tylko na tym. Ilustruje ją piosenka Vaya Con Dios „Puerto Rico”, bo problem katolickiej dżamahirii Bolandy jest zbliżony. Puerto Rico stało się kolonią USA w roku 1898. Jego mieszkańcom nadano w roku 1917 obywatelstwo tylko po to, żeby można ich było poddać poborowi i wysyłać na rzeź pierwszej wojny światowej.
Wyniknął z tego trwający do dzisiaj paradoks prawny: Portorykańczycy są obywatelami państwa, z którym się nie identyfikują. Decyzje o ich losie podejmuje parlament, w wybieraniu którego nie uczestniczą. Gdybym był prezydentem Kennedym, powiedziałbym teraz „iś bin ajn portorikaner”.
W odróżnieniu od nas Portorykańczycy mają jednak w tej sprawie pewien wybór. Od półwiecza robi się różne przymiarki do przekształcenia tej kolonii w 51. stan USA. Nic z tego nie wychodzi ze względu na opór samych Portorykańczyków, którzy to uwalają w referendach. Luka prawna, w której się teraz znajdują, pozwala im bowiem nie płacić federalnego podatku dochodowego.
Gdybyśmy w Polsce mieli taką możliwość – zrzec się czynnego i biernego prawa wyborczego w zamian za dożywotnie zwolnienie z PIT – wynik referendum byłby oczywisty. Tylko że właśnie taka postawa: „nie identyfikuję się z tym państwem, traktuję je tylko jako narzędzie przymusu poborowo-fiskalnego”, jest dokładnym zaprzeczeniem postawy obywatelskiej.
Jak ją kształtować? In the immortal words of Lesław Maleszka, „to doskonałe pytanie”. Gdybym znał odpowiedź, to bym essay do działu opinii pichcił, zamiast sobie gdybać na blogu. Bezspornym faktem jest to, że postawa portorykańska u nas dominuje. Sam oczywiście nie jestem tu bez grzechu – ja też, tak jak wielu Polaków (zwłaszcza z mojego pokolenia), traktuję buców z ulicy Wiejskiej jako coś w rodzaju kolonialnej władzy, na którą nie mam żadnego wpływu i przyzwyczaiłem się już do tego stanu do tego stopnia, że nie zamierzam już nawet z tym walczyć, żeby coś tu zmienić, chciałbym tylko, żeby mi mniej zabierali z wypłaty.
Zgadzam się, że tutaj tkwi praźródło naszych problemów. Nie mam pojęcia, jak temu zaradzić, ale wiem, że na pewno nie pomoże na to przymusowe porywanie młodych Polaków do niewoli. Gdyby to działało, to Puerto Rico miałoby swoich kongresmenów jeszcze przed Hawajami.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz