Chcę uwierzyć


Mam bardzo osobisty stosunek do serialu „Z Archiwum X”. Kiedy kręcono pilotowy odcinek i Duchovny wypowiadał pamiętne słowa do Anderson – „na jaką minę nadepnęłaś że cię tu zesłano?” – jeszcze byłem studentem chemii pośpiesznie załatwiającym sobie urlop dziekański w związku z nagłą zmianą planów życiowych. Kolejne sezony z grubsza pokrywają się z szalonym rollercoasterem, jakim potem miało być moje dorosłe życie.
Film „Chcę uwierzyć” oglądłem z punktu widzenia maniakalnego fana serialu, więc należy do mojej rekomendacji podchodzić z należytym dystansem, ale szczerze polecam go także tym, którzy w życiu tego serialu nie oglądali. Głównym bohaterem serialu było jak wiadomo to coś, co Żiżek za Lacanem nazywa „lamellą” – tajemniczy spisek związany z ukrywaniem obecności ufoków na Ziemi.
Co nietypowe, serialowi udało się utrzymać zaintresowanie widzów „lamellą” przez dziewięć sezonów, mimo licznych potencjalnych dżampnięć szarka. Co jeszcze bardziej nietypowe, cała lamella została ostatecznie i bez żadnych wątpliwości wyjaśniona w finałowym odcinku „The Truth” – to mniej więcej tak, jakby „Losta” zakończono odcinkiem, w którym nie tylko wszyscy zostają uratowani z tej wyspy, ale jeszcze działalność Fundacji Hanso definitywnie prześwietlono i rozliczono w procesie.
Nie będę tu spojlował „The Truth” tym, którzy nie zaliczyli, ale z punktu widzenia filmu „Chcę uwierzyć” wystarczy informacja, że tamta historia jest już dla agentów Muldera i Scully definitywnie zamknięta. Owszem, w dialogach w tym filmie pojawiają się jednolinijkowe wzmianki o różnych wydarzeniach z serialu, ale nie mają żadnego znaczenia dla zrozumienia tej fabuły (nie większe niż równie enigmatyczne „walczyłeś u boku mojego ojca w wojnach klonów” w pierwszych „Gwiezdnych Wojnach”).
W duchu najlepszych odcinków typu MOTW (Monster Of The Week), film opowiada nam historię w gruncie rzeczy kryminalną, którą można odczytywać albo całkowicie racjonalnie (w duchu Scully), albo odwołując się do zjawisk paranormalnych (w duchu Muldera). Obie wersję są równie uprawnione logiką wydarzeń – obie też wymagają pewnego aktu wiary.
Za to właśnie „Z Archiwum X” ceniłem sobie najbardziej – w centrum tego serialu było nie tyle bowiem czekanie, aż wreszcie poznamy tajemnice całej lamelli, tylko epistemologiczne paradoksy z nią związane. „The truth is out there” (głupkowato po polsku przełożone na „prawda leży daleko”, choć powinno być raczej „gdzieś tam kryje się prawda”) było wprawdzie mottem serialu, ale jednocześnie wiele odcinków pokazywało ulotność pojęcia „prawdy”. Niby poza dochodzeniem Muldera i Scully mieliśmy też flashbacki pokazujące, co się „naprawdę” wydarzyło, ale na wiele sposobów sugerowano nam, że te flashbacki też są powiązane z czyjąś subiektywną narracją – na przykład w „El Mudo Gira” flashback okazuje się jakąś idiotyczną latynoską telenowelą z pompatycznymi dialogami, bo tak wydarzenia opisuje meksykańska służąca. A do czego ten motyw potrafił rozwinąć Darin Morgan, to widać choćby w urywkach z jutuba powyżej.
Cieszę się, że kinowy film to zachował…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz