Land of the imprisoned


Chętnie posłucham komentarzy odwiedzających czasem mojego bloga Profesjonalnych Tłumaczy na temat występującego w amerikan inglisz słowa „bum”. Wydaje mi się, że jest zasadniczo nieprzekładalne. Mamy wprawdzie w polskim słowo „bezdomny”, ale Amerykanie też mają słowo „homeless”. I nie oznacza ono dokładnie tego samego.
Najbliższym polskim odpowiednikiem byłby chyba „menel”, ale polski menel musi być zaawansowanym alkoholikiem, niezdolnym już do podjęcia normalnej pracy. Tymczasem w definicji amerykańskiego „buma” istotne jest potępienie go za to, że jakby tylko się ogolił i zebrał w sobie, to by jeszcze mógł wrócić do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie.
Sama potrzeba stworzenia takiego specjalnego rzeczownika wydaje mi się być echem szczególnie silnego u anglosasów potępienia „włóczęgostwa”. Jeszcze za Tudorów w Anglii uchwalano prawa odróżniające „ubogich bo biednych” od „ubogich bo im się nie chce” – tym pierwszym przyznające teoretyczną opiekę, dla tych drugich przewidujące zaś chłostę i więzienie.
Prawny zakaz „włóczęgostwa” odegrał ogromną rolę w kształtowaniu się amerykańskiego społeczeństwa. Na Południu pozwolił on de facto zachować de iure zniesione niewolnictwo – Afroamerykanie zyskali wolność, ale gdy próbowali opuścić plantację swojego pana, natychmiast popełniali przestępstwo „włóczęgostwa”, za które w majestacie prawa można ich było ukarać np. niewolniczą pracą.
Sąd Najwyższy uznał w 1972 roku zakaz włóczęgostwa za mętny i jako taki gwałcący prawo obywateli do uczciwego procesu. Zamiast tego zaczęto więc używać innego, tym razem już bardzo precyzyjnego pojęcia, którego znowu nie da się chyba przełożyć na polski. To „loitering”, czyli „remaining in place for no apparent purpose”.
Siedzenie bez celu Europejczykowi kojarzy się z wypoczynkiem. W wielu europejskich kulturach osoba snująca się bez celu – „włóczykij”, „flaneur” – traktowana jest z sympatią. W USA to przestępca i myślę, że zrozumienie tej różnicy jest kluczowe dla zrozumienia innych różnic dzielących te kontynenty.
Amerykanin, który pozwoli sobie na odrobinę lenistwa – ot, klapnie sobie na ławkę w parku – musi przecież zastanawiać się nad tym, co go odróżnia od siedzącego na sąsiedniej ławce „buma”. Prosta odpowiedź to strój (pewnie dlatego mój odpowiednik w Nowym Jorku nie odważyłby się pokazać w redakcji bez krawata).
Ale co będzie, gdy ktoś ma jakieś kłopoty finansowe? Stracił dom w związku z kryzysem hipotecznym? Wpadł w depresję i nie chce mu się golić? W Europie na kogoś takiego spoglądać będziemy ze współczuciem, nawet jeśli będziemy musieli przy tym zatkać nos. W USA on sam będzie się zgadzał z potępieniem otoczenia – wszak jest „bumem”, popełnia przestępstwo „loiteringu”, nie pomoc mu się należy, tylko dołączenie do owego jednego procenta populacji za kratkami…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz