Linux is for teh sux0rs

Wpadłem jakiś czas temu w sieci na blogonotkę entuzjasty Linuksa – która jednocześnie w przezabawny (i zapewne nieświadomy dla owego entuzjasty) sposób kompromituje jego ukochany system. Leniwie planowałem obśmiać to na swoim blogu, ale ciągle były ciekawsze temty. Dyskusja antylinuksowa wybuchnęła w końcu spontanicznie pod notką o Nokii E51, więc nie mogę już dłużej czekać.
Entuzjasta Gene przygotował filmik o tym, jak łatwo się instaluje oprogramowanie na Linuksie. Filmik jest do ściągnięcia w formacie OGG Theora. Shmogg The Who? – zapyta przeciętny internauta (do którego, teoretycznie, ten filmik jest adresowany). Z formatami „OGG Theora” i „OGG Vorbis” przeciętny człowiek styka się tylko, gdy się styka z linuksiarzami.
Najpopularniejsze w internecie standardy kodowania multimediów są na Linuksa niedostępne – albo w ogóle, albo w najlepszym wypadku prawne zawiłości związane z patentami zmuszają do kombinowania jak koń pod górkę. Producent komercyjnego systemu operacyjnego nie ma problemu z wysupłaniem symbolicznej opłaty za patenty MP3 – no ale w darmowym systemie nie da się tego w prosty sposób rozwiązać. Chyba, że ktoś do tego darmowego systemu… dokupi za 28 euro coś, co na normalnych systemach ma za friko.
Żeby było jeszcze śmieszniej, Linuksy nie są kompatybilne ze sobą nawzajem, czego groźną zapowiedź widzimy w deklaracji Gene’a – „Since I use the fluxbox window manager that does not run a bunch of cruft in the background (…) Supposedly if I ran KDE or Gnome as a desktop…”
Użytkownikowi normalnego systemu pojęcie „window manager” z niczym się nie kojarzy – o istnieniu gwoździa z bucie dowiadujesz się dopiero, gdy ten zacznie uwierać. MacOS X i Windowsy od początku projektowane są z myślą o środowisku graficznym, tymczasem na Linuksa cała grafika jest sztuczną nakładką, wymagającą m.in. uruchamiania różnych „window managerów”.
Słowo kluczowe to właśnie „różnych” – że coś działa pod KDE, to niekoniecznie musi działać pod Gnome, a poza tym oba najpopularniejsze są zarazem tak syfiaste (jak to ujmuje nawet entuzjasta Linuksa, kolega Gene „run a bunch of cruft in the background”), że z desperacji ludzie używają z kolei takich o mocno przykrojonych możliwościach. Efektem jest utrudnienie życia użytkownika, któremu nie wystarczy już to, że musi sobie wciąż zadawać pytanie „ale czy to jest na Linuksa”, bo jeszcze musi pytać „ale czy to pójdzie na moim window managerze”.
Wzmianka o „cruft in the background” pokazuje mentalność linuksiarzy jako zwariowanej sekty – to nie jest tak, że ich wojny kończą się na „Linux kontra reszta świata”. Tak jak Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny, za największego wroga uważają linuksiarzy używających innych dystrybucji czy innych GUI. W ten sposób entuzjasta Gene chcąc pokazać urok swojego systemu, zaprezentował przesmak linuksiarskiego piekła frakcji wewnątrz sekt. Wyobrażacie sobie na serio spór między entuzjastą Windows Home a Windows Pro? A wystarczy wpisać do gugla „KDE versus Gnome”, żeby znaleźć tłumy pryszczersów walących się po głowach kompilatorami.
I ostatni smaczek: z filmiku Gene’a wynika, że w trakcie instalowania programu, instalator poprosił go o hasło administratora. To akurat normalne, instalator na MacOS X robi to samo. Tyle, że instalator na MacOS X nazywa się „instalator”, a tutaj o hasło administratora prosi jakieś „rpmndrva”.
Łodafaka? W Linuksie środowisko graficzne to ciągle tylko nakładka na CLI – moje kpiny o „aptowaniu geptów” i „greptowaniu gziptów” to echo autentycznych poleceń Linuksowego CLI. W normalnym systemie ikonka do instalacji Starcrafta II nazywać się będzie „Install Starcraft II”. Na Linuksie nazywałaby się „apt gept grept gzipt rprmdrva strcrft2” albo jeszcze idiotyczniej.
Tyle, że oczywiście nie będzie Starcrafta II na Linuksa…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz