Alimenty kaczystów


Mam taką hipotezę, że zwycięstwo PiS z 2005 roku było powiązane przyczynowo z tabloidyzacją mediów. W latach 90. niezbyt dobrze sprawdzały się w kampaniach wyborczych krótkie hasła przypominające tabloidowe nagłówki, typu „Skandal! Szok! Powiesić! Kastrować!”. Kampanie były oczywiście brutalne, ale posługiwano się w nich argumentami jeśli nawet nie bardziej merytorycznymi, to przynajmniej bardziej przegadanymi. Po prostu jeszcze nie było „Faktu”, który by takie coś podchwycił.
W apogeum kaczyzmu tabloidy żyły w idealnej symbiozie z rządami PiS. Politycy koalicji chętnie pozowali do stylizowanych na reportaż sesji zdjęciowych typu „Giertych na wakacjach”. A już w sprawie doktora G. tabloidy, reżimowa telewizja i minister Ziobro przemówili praktycznie jednogłośnie.
To mi się wydaje kluczem do zrozumienia samobójczego zachowania Jarosława Kaczyńskiego, który wbrew zdrowemu rozsądkowi rozkręca alimentacyjny konflikt z Dornem. Udzielając wywiadu gazecie „Polska The Times” skrytykował media za to, że się tym zajmują.
Ale po co w ogóle się zgodził na poruszanie tego tematu w wywiadzie? Po co dostarczył smakowitych cytatów typu „Byłem zbyt miękki, za bardzo żal było mi przeszłości. Mam taką wadę, ale teraz będę musiał się jej pozbyć, bo sentymenty źle się kończą”?
Musiał wiedzieć, że „Polska The Times” da to na pierwszą stronę, cytaty obiegną inne serwisy, w efekcie Dorn złoży pozew i cała sprawa będzie wracać echem jeszcze gdy wejdzie na wokandę, gdy zapadnie wyrok i gdy Kaczyński z Gosiewskim będą się głupio wykręcać przed nakazanymi przez sąd przeprosinami.
Przypomina to zachowanie celebryty skarżącego się na prześladujące tabloidy, co to nie odstępują na krok, a jeszcze działają nieprofesjonalnie, bo w zeszłym tygodniu mieli prześladować na Krakowskim, a ona z Radziem jak jaka gupia sterczała dwie godziny na Nowym Świecie.
W mediach Kaczyński jako-tako odnajduje się tylko w tabloidowej stylistyce, więc z konieczności jedyne jego pomysły na budowanie medialnej obecności to lustrowanie czyjegoś życia prywatnego. Woli strzelić sobie w stopę niż nie strzelać w ogóle.
Notkę ilustruję fragmentem z filmu, który skądinąd był kiepski, ale scena jest a propos: oto krytyk filmowy uświadamia sobie, że zgodnie z regułami gatunku za chwilę zginie jako niesympatyczna postać drugoplanowa („persona secundaria desagradable” – scenę znalazłem niestety tylko z hiszpańskim dubbingiem).
Dorn sam siebie obrócił w taki stereotyp – zanim popadł w niełaskę, sławił wielkość i geniusz Jarosława Kaczyńskiego z tak żenującym entuzjazmem, że taki dalszy ciąg nasuwał się automatycznie. Wannabe trzeci bliźniak zostanie w końcu pożarty przez mechanizm, który sam pomógł zbudować.
Mówiąc żargonem klisz popkultury, w ostatniej chwili henchman uświadomi sobie, że villain go wysłał na śmierć, więc ginąc postara się przynajmniej pomóc bohaterowi ze showdownem. Nawet kiedy Przemysław Edgar wyskoczył ze swoim pouczeniem o wartościach chrześcijańskich, skontrowany wypowiedzią byłej żony (skądinąd również polityka PiS), to też wpisywało się w stereotyp henchmana – z kolei zbyt mało rozgarniętego, by zobaczyć w co się wpakował.
Nie umiem żałować nikogo z dorosłych uczestników tego spektaklu – demasiado desagradable, senhor. Tylko dzieciaków mi szkoda…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz