Lem w Gazecie


Ufff, nareszcie poszedł oficjalny komunikat, więc wreszcie mogę się tu napisać o projekcie, przy którym ostatnio się krzątam. Ruszamy z gazetową edycją dzieł zebranych Stanisława Lema. Aby zwabić tych, którzy te dzieła już mają z innych edycji – wszystkie tomy opatrujemy unikalnymi bonus trackami.
Z właściwą sobie skromnością powiem, że niektóre z nich wydają mi się naprawdę warte wywalenia kasy. Chwaliłem się już na blogu uroczym wieczorem spędzonym w towarzystwie pewnego miłego nowojorczyka. Teraz już przyznam się, że był to Michael Kandel.
Siedzieliśmy na ławce z widokiem na instalację Olafura Eliassona, rozmawialiśmy o (nie)przekładalności Lema na angielski, a także o tym, dlaczego nim nastał Lem, musieli nastać Tuwim, Norwid i Kochanowski. Byłem w siódmym niebie, mam nadzieję, że ta rozmowa będzie ciekawa dla prawdziwych lemofilów.
Z tej okazji mikrokonkurs: Kandel wyznał mi, jaki polski rzeczownik pozbawiony jest angielskiego odpowiednika, a jednocześnie jest na tyle przydatny, że używa go w prywatnych rozmowach z własną małżonką. Szczęśliwemu odgadującemu oferuję wybrany tom z kolekcji. Ale uprzedzam, że konkurs jest trudny, choć jednocześnie to słowo na tyle potoczne, że w przeciętnej polskiej rodzinie ktoś wypowiada je przynajmniej raz w tygodniu.
Specjalnie dla nas Jacek Dukaj napisał utwór utrzymany w stylu „Próżni doskonałej” – recenzję z książki „Apokryfy Lema” wydanej przez Wydawnictwo Literackie na 150 urodziny pisarza. Rzecz jasna, w roku 2071 słowo „apokryfy” zyskało nowe znaczenie.
Jakie? Nie zdradzę, przytoczę tylko wyrwany z kontekstu fragment: „trwa polowanie na zdziczałe książki”. Gdy do niego doszedłem, dostałem z zachwytu trzęsiączki wzdłużnej, bo po po prostu jakby duch Lema tchnął w klawiaturę Dukaja.
Wśród bonusów jest wywiad z Wolszczanem. Decyzję oczywiście podjęliśmy na długo przed wybuchem afery – takich projektów nie robi się z dnia na dzień. Wolszczan był dla nas po prostu automatyczną odpowiedzią na pytanie „z kim wywiad jako bonus do Głosu Pana”? Jak już gruchnęła ta afera, mogliśmy przewalić skład książki, ale postanowiliśmy nie dać się zwariować.
Unikalnym bonusem jest szyderczy utwór o Stalinie, napisany przez Lema pod koniec lat 40. Mówił o nim w wywiadach z Beresiem i Fiałkowskim. Do końca życia pisarz uważał utwór za zaginiony, odnalazł go po jego śmierci jego sekretarz, pan Wojciech Zemek. Pisarz tak skutecznie ukrył maszynopis przed wpadnięciem w niepowołane ręce (w PRL za takie zabawy można było bardzo daleko zajechać), że sam go nigdy już nie odnalazł, mimo „przetrząśnięcia z żoną domu od góry do dołu”. Jak? Też nie zdradzę!
Zdradzę tylko, że i u Beresia i u Fiałkowskiego wspomniany jest gruziński enkawudysta Anichwilitegonieradze. Okazuje się, że w rzeczywistości to jest imię i nazwisko – Anichwili Tegonieradze. O ileż tak jest śmieszniej!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz