Prawicowe Darwiny

Szybciutko październikowy ranking od czapy. Troszkę przydługawy, ale obiecanego tematu polskich prawicowych nagród Darwina nie da się ująć w 3000 znaków.
Specyfiką polskich prawicowych Darwinów jest ich kolektywność. Wymagają zgodnej współpracy wielu ludzi. Są jak wykonany po pijaku skok na bungee do basenu, z głębokim przekonaniem skaczącego, że nic się nie może stać, bo jest woda i asekuracja. Tyle, że koleś od mocowania liny był na kacu i nie umocował, a koleś od napełniania basenu odsypiał pielgrzymkę i nie napełnił.
Zresztą wysłuchajcie sami ballady o numero uno tego rankingu. Spierać się można tu o różne rzeczy, ale nie o to, że największym Darwinem w dziejach polskiej prawicy jest Alojzy Pietrzyk, poseł NSZZ „Solidarność” i zarazem ojciec chrzestny koalicji rządowej SLD-PSL z 1993.

Historycy z przyszłości będą mieli problemy ze zrozumieniem okoliczności upadku rządu Suchockiej. W normalnych warunkach wotum nieufności do rządu wysuwa się z powodu jakiegoś poważnego krysyzu politycznego. Poseł Pietrzyk tymczasem swój wniosek uzasadnił bardzo rozwlekłym opisem tego, że w kraju panuje bida i korupcja, a rząd „nie prowadzi polityki dynamicznej walki z recesją i bezprawiem”.
Mimo ewidentnej bełkotliwości tego wniosku prawie wszyscy w „Solidarności” go poparli, bo w końcu nikt nie chce być oskarżony o popieranie recesji i bezprawia. Wszyscy za to byli przekonani, że rząd przecież ma większość w parlamencie, więc to tylko nieszkodliwa demonstracja. Tymczasem z powodu dysfunkcji peptycznej ministra Zbigniewa Dyki (ZChN), rządowi zabrakło jednego głosu do oddalenia wniosku.
W nowych wyborach lewica wypadła na tyle dobrze, że nawet coś ruszyło na budowie autostrady A4. Prawica natomiast poszła w taką rozsypkę, że ostatnią próbą powrotu posła Pietrzyka do polityki było kandydowanie z odpryskowej partii „Narodowo-Chrześcijańsko-Demokratyczny Blok dla Polski”. Nie, nie wymyśliłem tej nazwy.

W porównaniu z Pietrzykiem bledną nawet osiągnięcia Tomasza Wołka. Choć przyznam, że nie jest mi znany drugi taki przypadek z dziejów mediów, żeby ktoś dwukrotnie (!) doprowadził ten sam tytuł do bankructwa. W normalnym kraju jak ktoś już zarżnął jedną gazetę, to raczej nie dostanie tak od razu drugiej szansy na zarżnięcie następnej. W Trzeciej Rzeczpospolitej nigdy jednak nie brakowało kapitału do założenia kolejnego pisma narodowo – chrześcijańsko – konserwatywno – prawicowego.
Rekord Tomasza Wołka był jednak dziełem zespołowym. Jego dwa „Życia” były kuźnią młodych prawicowych kadr. To tam swoje jędrne patriotyczne łydki po raz pierwszy zaczęły prężyć takie tuzy chrześcijańsko – narodowego dziennikarstwa, jak Paweł Paliwoda, Robert Krasowski czy Cezary Michalski. Potem przyczynili się do oszałamiającego sukcesu „Dziennika”. Cóż, terminowali u mistrza.

Rząd Olszewskiego powstał w grudniu 1991 i od początku miał problemy z większością w rozproszonym Sejmie. W takiej sytuacji należy szukać sojuszników. Świadomi tego bracia Kaczyńscy próbowali przekonać premiera do rozszerzenia koalicji rządowej o Unię Demokratyczną. Premier torpedował te rozmowy i z radośnie samobójczą determinacją obrażał wszystkich potencjalnych koalicjantów.
Wiosną 1992 roku w Sejmie wyłoniła się tzw. mała koalicja (personalnie była to w dużym stopniu dzisiejsza Platforma), która złożyła wniosek nieufności. Miała 112 mandatów, ale mogła liczyć na poparcie SLD (ok. 60 mandatów). Rząd Olszewskiego popierało wtedy 171 posłów (personalnie w dużym stopniu dzisiejszy PiS). Do wygrania głosowania potrzebował więc jeszcze kilkudziesięciu szabel.
Mógł je znaleźć w KPN, ale lider tej partii żądał dla siebie MON. Gdzie by się wtedy podział pupil premiera, doktor Jan Parys?
Pod koniec maja posłowie koalicji rządowej wystąpili do ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza z wniosekiem o ujawnienie, kto z parlamentarzystów widnieje w archiwach na liście TW. Formalnie inicjatywę zgłosił Janusz Korwin-Mikke, ale ostateczny kształt wniosek przyjał po konsultacjach z samym ministrem, było więc trochę tak, jakby Macierewicz występował do Macierewicza.
Na liście agentów znalazł się, jak wiadomo, niedoszły koalicjant – ale wbrew rachubom Olszewskiego, członkowie jego partii zamiast odwrócić się od lidera, stanęli za nim murem i poparli wniosek o wotum nieufności. Nikomu z uczestników tej żenującej przepychanki nie wyszło to na zdrowie.
Jako honorejbl menszyn oczywicie wymienię kompromitację alimentacyjną PiS, zgodne działanie teamu Kaczyński-Dorn-Gosiewski. Nie mogę jej umieścić w rankingu, bo jeszcze nie wiadomo, jak bardzo niszczycielskie skutki będzie miała dla wszystkich uczestników. Może już za parę lat będą kandydować z jakichś odpryskowych list typu Narodowo-Chrześcijański Blok „Prawica Znowu Razem”? Życzę im z całego serca…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz