Michnik kontra Jurek

Niespecjalnie świętuję 11 listopada bo uważam, że patriotyzm polega na uczciwym płaceniu podatków przez cały rok, a nie na machaniu chorągiewkami przez jeden dzień. Dlatego ważniejsze symboliczne znaczenie ma dla mnie właśnie rocznica następnego dnia, kiedy ludzie lecząc kaca po radosnym dniu wrócili do roboty.
Kto pamięta 4 czerwca 1989, ten pamięta ogromną radość, jednoczącą prawie wszystkich. Dojechaliśmy z kolegą rowerem z Chomiczówki na plac Konstytucji by wysłuchiwać dobrych wiadomości o tym, jak „drużyna Lecha” brała kolejne okręgi wyborcze. Ale przecież naprawdę ważne rzeczy zaczęły się dziać dopiero potem, gdy trzeba było sobie odpowiedzieć na kilka ważnych pytań – z których do dzisiaj bardzo lubię pytanie sformułowane przez Zuzannę Dąbrowską (dziś „Dziennik”), „jeśli nie ludowa to czyja”?
Jesienią 1989 roku poszedłem na publiczną debatę między dwoma posłami z „drużyny Lecha” – posłem Adamem Michnikiem i posłem Markiem Jurkiem. Debatę zorganizowała zacna uczelnia, w której miałem wtedy zaszczyt kształcić się na analityka (nieorganicznego).
Kto to jest Michnik, to już wtedy z grubsza wiedziałem (choć oczywiście nawet mi się nie śniło, że będzie to kiedyś mój szef). Kto to jest Marek Jurek, to miałem się z tej dyskusji dopiero dowiedzieć.
Nie jestem pewien tematu tego spotkania. Mam wrażenie, że brzmiał on po prostu „Jaka Polska?”. Dziś ten temat brzmi pretensjonalnie, wtedy brzmiał równie naturalnie, jak nasze dzisiejsze dylematy typu „w frankach, euro czy jednak złotówkach?”.
Zapamiętałem z tej dyskusji tyle, że Adam Michnik nie miał żadnej gotowej recepty na tytułowe pytanie. Powiedział tylko, że eksperyment z demokracją w II Rzeczpospolitej przetrwał zaledwie niecałe osiem lat i osobiście będzie już szczęśliwy, jeśli polskim politykom z jego pokolenia uda się choćby wyrównać ten wynik. Te słowa zapadły mi w pamięć na tyle, że w 1997 roku nawet przeleciała mi przez głowę myśl typu „ekstra! pobiliśmy rekord naszych pradziadków!”.
Marek Jurek na pytanie „jaka Polska” zareagował jak ja na pytanie „jaki przenośny odtwarzacz wybrać i dlaczego to powinien być jeden z modeli iPoda”. Otóż wiedział on, że Polska powinna być chrześcijańska i narodowa. Jeszcze nie nadeszły czasy kaczoendeckie, więc ta „narodowa” wzbudziła pewne słyszalne „buuu” na sali zdominowanej przez cywilizacjośmierciowo relatywistycznych studentów.
Mam od dziecka fetysz na punkcie słownika Kopalińskiego, więc z kolei pamiętam ripostę Jurka na owe „buuu” – „chodzi mi oczywiście o koncepcję inkluzywną, a nie ekskluzywną narodu, czyli o naród w sensie civitas”.
Do dzisiaj zastanawiam się nad sensem tego zdania. Jeśli odczytać je dosłownie, to cała ta „narodowość” się roztapia w jakiejś tautologii, bo rozumując inkluzywnie wszyscy jesteśmy Polakami w sensie civitas. Nawet Olisadebe, ba – nawet ci, których przodkowie nie mieli napletków. Ale w takim razie po co zamulać dyskurs przez wprowadzenie jeszcze jednego synonimu na „społeczeństwo”?
Potem była dyskusja, w której z sali zabrał głos jakiś starszy pan. Zadał on Michnikowi pytanie niewątpliwie bardzo dla niego istotne w kontekście pytania „Jaka Polska” – brzmiało ono mianowicie „dlaczego pan ukrywa, że pańskie prawdziwe nazwisko to Szechter?”.
I to już trzeci element tamtej debaty, który wrył mi się w pamięć.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz