Najnowszy Ziemkiewicz

Wreszcie poszedł mój pisany od dawna tekst o prawicowym porno – przynajmniej w edycji papierowej, bo online jak zwykle go nie umiem odnaleźć. Zmorą dziennikarza jest tzw. „pretekst aktualnościowy”, którego mi brakowało (inspiracją do tekstu była powieść „The Apprentice” Scootera Libby).
Pretekst dostarczyła mi w końcu najnowsza powieść Ziemkiewicza (dzięki!). Na moje szczęście prawicowi autorzy są na tyle przewidywalni, że ich kolejne książki pasują do tych samych tez, ale musiałem tekst ostro przerobić, znacznie skracając fragmenty poświęcone Libby’emu i Gingrichowi, a nawet wywalając w całości motyw pioniera prawicowej fantastyki erotycznej – czyli Johna Normana i cyklu o planecie Gor, na której panuje konserwatywno-patriarchalna utopia sadomaso.
W dyskusji pod poprzednią notką Fin pytał o powieść Ziemkiewicza, więc pozwolę sobie na małą recenzję. Otóż początek jest znakomity: Radek, warszawski dziennikarz przyjeżdża na prowincję napisać reportaż o śmierci posła Samoobrony, tytułowego Stanisława Żywiny.
Według oficjalnej wersji Żywina mając jeden koma cztery promila wszedł w niebezpieczny zakręt z nadmierną prędkością. Radek odkrywa jednak, że w oficjalnej wersji pominięto ważne detale. Tymczasem okazuje się, że jego telefon jest na podsłuchu…
SPOILER ALERT! W dalszym ciągu notki ujawnię szczegóły dotyczące fabuły.
Niestety, zaraz potem napięcie siada. Wątek podsłuchu rozwiązuje się w bezsensowny sposób – nie chodziło o sprawę Żywiny, tylko o wpływowego męża jednej z kochanek Radka. Sam Radek tymczasem przeżywa duchową przemianę pod wpływem zagrancznej delegacji, gdzie styka się z zachodnimi intelektualistami i poznaje ich wyssany z mlekiem matki antypolonizm.
Dopiero to budzi w Radku jego utajony patriotyzm. Zaczyna posługiwać się imieniem, które wybrał dla niego Ojciec – a brzmi ono Konrad. Konrad-Radek rzuca Warszawkę i jedzie na prowincję, kontynuować dzieło Żywiny u boku jego asystentki Arlety. Zagadka śmierci posła wyjaśnia się mimochodem – niczym w spektaklu „Norymberga”, pewien Wredny Ubek po prostu wygłasza długi i nudny monolog o tym, że to on pociąga z ukrycia za wszystkie sznurki.
Mam wrażenie, że autora w trakcie pisania po prostu pogonili z terminami, więc desperacko zapchał resztę fabularyzowaną publicystyką. To sięga poziomu niezamierzonej autoparodii w scenie, która powinna być przełomowa – sporu Radka z Dyszącymi Nienawiścią Do Polski Zachodnimi Intelektualistami, którzy upierają się, że to Polacy mordowali Żydów w obozach.
Monolog ubeka przynosi puentę antyklimaktyczną. Nie wiadomo właściwie po jaką cholerę ów demoniczny szef lokalnego Układu odsłania duszę przed bohaterem. Końcowy monolog Evil Overlorda to popkulturowa klisza, która dziś już funkcjonuje wyłącznie w parodiach. Tak jak oglądając „Norymbergę”, nie mogę się nie śmiać, gdy ktoś to mi usiłuje wciskać na serio.
Pewnie stąd w ogóle bierze się fenomen prawicowości po polsku – z przyjmowania na serio wyświechtanych motywów popkulturowych, jak Układ, feminazistka czy Bezkompromisowy Redaktor Natropie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz