PRL-owski maczo


Najnowszej komedii Machulskiego daleko do poziomu czeskich filmów, ale przynajmniej dało się wysiedzieć w fotelu, bez pragnienia natychmiastowego opuszczenia kina, które dopadało mnie na „Boisku bezdomnych” czy „33 scenach z życia”.
Film o bohaterce, która w niewytłumaczony sposób cofa się w przeszłość i może naprawić błędy młodości już kiedyś oglądałem. Nazywał się „Peggy Sue wychodzi za mąż” i zrobił go Francis Ford Coppola w 1986 roku (to prawie czas akcji „Konia trojańskiego”).
Główna bohaterka (Kathleen Turner) cofa się do roku 1960 i chce pomóc swojemu ówczasnemu chłopakowi (Nicolas Cage), żeby przestał być takim nieudacznikiem. Pisze dla niego piosenkę, żeby stał się gwiazdą rocka, ale Nicolas Cage z radośnie bezmyślnym uśmiechem mówi: „Świetna piosenka, ale trochę ją udoskonaliłem: She loves you-u-uuu-uuuuu-uu-u”.
Machulski zrobił podobnie – wziął uroczy pomysł Coppoli, ale trochę go udoskonalił i dodał mnóstwo niepotrzebnego „u-uu-uuu-u”, więc zamiast „She Loves You” mamy coś bardziej w stylu produktów rodzimej szansonistyki. Czyli da się wytrzymać, ale wstyd to pokazywać obcokrajowcom.
„Koń trojański” ma jednak w sobie coś, co zainspirowało mnie aż do blogonotki. To błyskotliwa dekonstrukcja modelu peerelowskiego maczo w postaci Darka (Robert Więckiewicz), pierwszego męża głównej bohaterki (Ilona Ostrowska, gwiazda serialu „Ranczo”, która niestety w tym filmie robi dokładnie te same miny „panienki Lucy”).
Darek uwiódł Zosię brzdąkając jej na gitarze „Nie mogę ci wiele dać” grupy Perfect. Za to Machulski ma u mnie plus.
Jako nastolatek nienawidziłem Perfectu, uważałem ich muzykę za fajans dla debili (najlepszym oficjalnym zespołem rockowym tamtej epoki był oczywiście Maanam). Jako czterdziestolatek opinię mam w zasadzie podobną, aczkolwiek wyrażałbym ją bardziej eufemistycznie.
Nienawidziłem Perfectu za dużo różnych rzeczy, między innymi za teksty Bogdana Olewicza, opiewające właśnie peerelowskiego maczo. Nieudacznika, złamasa, ochlejusa, który mimo to uważa siebie za coś lepszego od kobiet – bo on jest Artystą, a kobiety mają takie przyziemne marzenia jak „telewizor, meble, mały fiat”.
Romans zapoczątkowany balladą „Nie mogę ci wiele dać” musi się przecież skończyć albo odejściem jego, bo ona go ogranicza („Nie płacz Ewka”), albo odejściem jej, bo ona „tapla się w nędzy, bo on nie ma pieniędzy” („Idź precz”). Kobiety powinny takich ludzi unikać i ten życiowy błąd właśnie usiłuje naprawić główna bohaterka.
Gdy „Gazeta” drukowała ten nieszczęsny cykl tekstów o współczesnym ojcostwie, wypowiedziało się tam paru kolesi wychowanych na podobnej wizji roli mężczyzny, co to jest ponad pieluchy. Dwóm – psychologicznemu celebrycie i jakiemuś publicyście katolickiemu – poświęciłem nawet szydercze blogonotki.
Ciekawe, że Machulski w „Seksmisji” Maksia, bardzo podobnego typka, sportretował jeszcze z wyraźną sympatią. Cóż, dojrzał.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz