Co z Apple po Jobsie?

Kluczem do odpowiedzi jest inne pytanie – co Jobs zmienił w Apple po swoim powrocie z 1997? Pierwsze skojarzenia to oczywiście MacOS oparty na systemie NeXT, iMaka, iPoda, iTunes Music Store, a także skasowanie klonów i Newtona.
Najważniejsze wydaje mi się jednak coś innego. Apple przed 1997 roku było firmą prześladowaną przez syndrom obsesyjnego pioniera – wypuszczała na rynek produkty wyprzedzające swoją epokę, które jednak po roku czy dwóch kompletnie z rynku wypierał produkt konkurencyjny, może mniej bajerancki, ale za to bardziej dopracowany.
Przykładem cyfrowe aparaty Apple Quicktake (które cyfryzację kompaktów wyprzedziły o dobre kilka lat), konsola do gier Apple Pippin czy pionierski PDA Apple Newton. Zajmują one żelazną pozycję w rankingach „największych wtop w dziejach IT”, chociaż oczywiście każdy docenia ich pionierską rolę.
Za Jobsa sytuacja się odwróciła. To Apple stało się firmą, która pozwala innym zapłacić frycowe – a sama wypuszcza już produkt „done right”. iMac nie był pierwszym komputerem z USB, ale dopiero on ten standard spopularyzował – tak jak iBook Wi-Fi. Aż do wprowadzenia obsługi Bluetooth w MacOS X 10.2 ten protokół cieszył się powszechnie opinią „wiecznej niedoróbki”.
Najbardziej widoczne to jest na przykładzie iPoda – to nie był pierwszy odtwarzacz z twardym dyskiem, tak jak iPhone nie jest pierwszym smartfonem. Ale jak weszły na rynek, to szybko było już pozamiatane.
Triumf iPhone’a to złośliwe dopełnienie sprawiedliwości historycznej: o ile Palm zaistniał jako używalny Newton, to iPhone jest używalnym Palmem. A więc to jednak Apple będzie się śmiać ostatnie – na pogrzebie Palma…
Co w tym może zmienić Cook? Wiemy o nim tyle, że Jobs podkupił go z Compaq w roku 1998 jako eksperta od logistyki. To Cook uczynił z Apple maszynę do zarabiania pieniędzy – robiąc to m.in. przez ciągłe groszowe oszczędności (pewnie to jego ręka była w usunięciu Firewire z low-endowych laptopów) i zorganizowanie procesu dostawy tak, żeby nic nie leżało w magazynach.
Czego nowego można się po nim spodziewać? Raczej nie powrotu do klonów czy otwarcia MacOS X na pecety: Cook – tak jak Jobs – to „hardware man”. To nie musi oznaczać zaniedbywania softu: pod władzą Jobsa przecież ludzie od softu cieszyli się wolną ręką i nawet to sobie chwalili.
Mentalność eksperta od cięcia kosztów oznacza jednak, że Apple raczej nie wróci do mało popularnych produktów, jak np. mój ukochany powerbook 12”. Polityka ostrego różnicowania low-end/high-end ulegnie tylko dalszemu nasileniu, bo to się zwyczajnie opłaca. Po Cooku nie spodziewam się więc rewolucji, ale także i rewelacji. Ale może jednak stołek przypadnie komuś innemu?

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz