Ratujcie! Biją mnie Niemcy!

Człowiek, który się awanturuje w samolocie z personelem pokładowym, w moich oczach automatycznie klasyfikowany jest jako głupi cham. Głupi – bo brak mu inteligencji, żeby wiedzieć, że nic tą awanturą nie uzyska, niezależnie od tego, czy mu się wydaje, że „ma rację” czy nie. Cham – bo przez niego samolot odleci z kilkugodzinnym opóźnieniem i kilkudziesięciu lub kilkuset pasażerów straci przez niego mnóstwo czasu, co może ich kosztować utratą dalszych połączeń.
Nigdy nie miałem wygórowanej opinii o inteligencji duetu egzotyznego John, Mary & Nelly, ale ich ostatni wybryk mnie jednak zaskoczył. Niedoszły „premier z Krakowa” to ostatecznie nie jest Karol Karski, czerwononosy antykomunista z PRON, który absolutnie na trzeźwo absolutnie nie jeździł po absolutnie żadnym Cyprze żadnym wózkiem golfowym. Tak przynajmniej się mogło zdawać do wczoraj.
Według relacji Nelly Rokity afera zaczęła się tak, że państwo politykowstwo weszli na pokład samolotu jako ostatni. Ech, kocham tę buconerię od „po co się śpieszyć, beze mnie nie odleci” ale to dopiero uwertura.
Państwo Rokitowie położyli swe płaszcze i legendarne kapelusze na wolnych siedzeniach – chociaż każdy średnio rozgarnięty przedstawiciel laicko-liberalnej cywilizacji śmierci wie, że personel pokładowy ma obowiązek dopilnowania tego, żeby podczas startu cały bagaż pokładowy, wliczając w to okrycia wierzchnie, był gdzieś bezpiecznie zamocowany.
Zgodnie z regulaminem stewardessa podała państwu Rokitom kapelusze a płaszcze upchnęła do schowka nad głowami, co jest rutynowym traktowaniem okrycia wierzchniego w klasie ekonomicznej. Jak komuś smutno, że mu pogniotą, to albo niech leci biznesem, albo niech UPRZEJMIE POPROSI o udostępnienie biznesowej szafy (personel pokładowy MOŻE to zrobić, ale nie MUSI – a z relacji samej Rokity wynika, że po prostu było już na to za późno; jak się ma osobiste prośby do personalu pokładowego zwyczajnie trzeba być na boardingu gdy się zaczyna, a nie kiedy już ogłaszają final call).
Były poseł licznych imion Jan Maria Władysław (y otros, y otros) Rokita olał sygnalizację „zapiąć pasy”, wstał i poszedł się szarogęsić w klasie biznes. Wtedy już stewardessa zażądała opuszczenia pokładu, a gdy Wannabe z Krakowa się dalej handryczył, wezwała policję, która szamoczącego się polityka wyprowadziła w kajdankach.
Rokita skarży się, że ktoś go nazwał „Arszlochem”, czyli dupkiem. Faktycznie, w internecie jest już nagranie, na którym słychać wrzask jakiegoś dupka „Ratujcie mnie! Biją mnie Niemcy!” (sic!) i zrezygnowany głos jakiejś spóźnionej pasażerki „No proszę już wyjść…”. Po raz pierwszy od czasu brawurowego wykonania hymnu Wolski przez Kaczyńskiego mam ochotę sobie ustawić dzwonek w komórce z głosem polskiego polityka…

Najzabawniejsze w tym jest to, że ci ludzie zapewne nie tracą jeszcze nadziei powrót do głównego nurtu polityki. Karol „PRON” Karski otarł się o MSZ, Jan Maria (y otros) Rokita marzy o stolcu premiera.
Kochani, demolki urządzane przez was w pięciogwiazdkowych hotelach i szamotaniny w samolotach będą towarzyszyć w europejskich mediach każdej waszej notce biograficznej. Rozsądny polityk nie powinien Was sobie brać do gabinetu, bo na starcie będzie sobie fundował zły pijar.
Wasze szczęście w tym, że w Polsce rozsądnych polityków jest mało. Więc pewnie jeszcze niejeden głupi cham będzie się szamotać z niejednym funkcjonariuszem krzycząc „wy nie wiecie kto ja jestem”!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz