Konrad Niklewicz kontra Agora

Konrad Niklewicz ostro wziął się za łamanie przez Agorę SA artykułu 36 traktatu europejskiego. Prowadzony przez tę firmę Kulturalny Sklep w większości wypadków odmawia wysyłania książek i płyt poza granice Polski, co jasno opisuje w swoim FAQ.
Oczywiście Agora – jak każda prywatna firma – ma prawo swobodnie podejmować decyzje biznesowe. Jest jednak pewien istotny haczyk. Jeśli spółka (jakakolwiek spółka!) decyduje się sprzedawać jakiś produkt bądź usługę w jednym kraju UE – to nie może zabraniać sprzedaży konsumentom w innych krajach. Tako rzecze traktat UE pisze Konrad na swoim blogu.
Próbowałem mu zwrócić uwagę na to, że każde wydawnictwo oferujące książki czy muzykę płaci właścicielowi praw autorskich za licencję na konkretne pole eksploatacji, z reguły określone terytorialnie. Nie można więc zapewnić unijnej swobody przepływu książek i płyt bez jednego z dwóch bardzo radykalnych rozwiązań – właścicieli praw autorskich trzeba albo prymusowo wywłaszczyć (uznając, że jeśli ktoś udzielił praw na jeden kraj unijny, to tym samym udzielił na wszytkie), albo od nich ryczałtowo te prawa wykupić.
Konrad odpowiedział mi na to: „Wojtek, sedno problemu tkwi gdzie indziej, Agora i jej obrońcy zdają sie tego nie widzieć, jesteśmy w Unii Europejskiej i poniższy zapis powinien być stosowany: Article 36, CHAPTER 3 (…) oczywiście, wiem, że nie tylko Agora ma za uszamu, ale właśnie ta firma, z całą swoją otoczką people friendliness, powinna zwracać uwagę na takie "szczegóły" najbardziej (…) Owszem, domagam się tego, że jeśli jakaś piosenka jest przedawana na rynku brytyjskim, to musi być też sprzedawana na rynku bułgarskim
Jeśli ktoś zechce kliknąć na podane linki to zauważy oczywiście, że Konrad pisał o firmie Apple, którą ja złośliwie w tych cytatach zastąpiłem Agorą. Jednak w swoim tekście podkreślał, że jego zdaniem, artykuł 36 traktatu europejskiego obowiązuje „jakąkolwiek spółkę” oferującą dane towary w jednym z krajów unijnych. Dlaczego więc jego tyrady mają nie dotyczyć akurat Agory? Przecież też jest na literę „A”.
Apple kiedyś tam zapewne otworzy polski muzyczny sklep iTunes – jak już się im to będzie opłacać. Z moich skromnych pogaduszek z Pascalem Cagni (nie zapomnę nigdy rozmowy, w której udało mi się mu wytłumaczyć, co jest i skąd się wzięła „klawiatura programisty”) wynika, że nie ma sensu na to liczyć przed naszym przejściem na euro. Najlepszym dowodem na to, że to się nie opłaca jest to, że nikt inny, ani Sony ani Microsoft, nie próbuje zająć tej luki rynkowej.
Jednak nawet kiedy ruszy polski iTMS, to nie będzie miało nic wspólnego ze swobodą przepływu usług na rynku europejskim. To nadal będzie polski iTMS z ofertą inną niż w brytyjskim czy niemieckim iTMS. Wiele piosenek po prostu trafia do Apple z licencją na określone terytorium, dlatego ludzie także na Zachodzie kombinują z kartami-zdrapkami.
Nie twierdzę, że rozumiem traktat europejski lepiej od Konrada. Wygląda jednak na to, że ludzi rozumiejących go tak jak ja – że to nie dotyczy pól eksploatacji praw autorskich – jest całkiem sporo. Także w firmie zatrudniającej mnie i Konrada.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz