Premiera Strażników


Niespodziewanie znalazłem się na miejscu premiery „Strażników” w Kodak Theatre (jako przypadkowo spacerujący turysta – znaczy, do LA przyleciałem służbowo, ale na zupełnie co innego). Skorzystam więc z okazji i – pierwszy raz w historii Ekskursji w Dyskursie – zrobię mały red carpet reporting praktycznie na żywo.
Wreszcie nabrałem odrobiny optymizmu co do tego filmu. Bardzo mi się podobał (oglądałem go na pokazie w Warszawie), ale jestem pesymistą jeśli chodzi o box office. Ma kategorię R, a filmy z takim oznaczeniem odnoszą sukces kasowy tylko jeśli są o Chrystusie. Film o superbohaterach, który jednocześnie jest zbyt ambitny intelektualnie dla przeciętnego pożeracza Marvela? Kto na to pójdzie?
A jednak na premierze pojawiła się tłumna grupa młodych ludzi, wywołujących reżysera desperackim „Zaaack! Popatrz w naszą stronę!”. Zack Snyder widowiskiem o gejach w lateksowych slipach dorobił się sporej grupy fanów. Może chociaż oni zrobią „Strażnikom” frekwencję?

Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego kontaktu z tym komiksem. Wziąłem go sobie jako lekturę do wanny i strasznie zmarzłem. Tak mnie wciągnęło, że sama myśl o odłożeniu na chwilę „Strażników” dla odkręcenia ciepłej wody była nie do przyjęcia.
Czułem się trochę zawstydzony swoją reakcją (w moim wieku nie wypada już tak fanbojowsko traktować popkultury), ale czy w końcu to właśnie nie jest Ostateczne Marzenie Płacącego W Kasie Za Bilet, żeby przy czymś odlecieć jak dziecko pierwszy raz oglądające „Gwiezdne Wojny”?
Zack Snyder ma u mnie ogromny plus za to, że do filmu przeniósł wszystko co w komiksie jest najpiękniejsze. Parę rzeczy złagodził (np. w scenie narodzin Rorschacha zbrodniarz zostaje po prostu litościwie zarąbany tasakiem), zmodyfikował też zakończenie. Ale scena marsjańskiej rozmowy Laurie Juspeczyk z Doktorem Manhattanem, w której błękitny superbohater uświadamia sobie cudowność ludzkiego życia… chwyta za gardło tak samo jak w komiksie.
Pod moją poprzednią notką ktoś prosił, żeby było na blogu więcej popkultury a mniej polityki. Mam wredny charakter, więc pozwolę sobie zakończyć refleksją „łoczmeni a sprawa polska”. Gdyby otóż odczytać tę opowieść w kontekście naszych sporów między III a IV Rzplitą, to wyjdzie mniej więcej na to, że Doktor Manhattan to Michnik, Ozymandiasz to Kwaśniewski a Rorschach to antykomunistyczna prawica.
Komiks, jak wiadomo, opowiada o niespodziewanym zakończeniu zimnej wojny w alternatywnym roku 1985. Zimna wojna kończy się tutaj bardzo nieelegancko. Nie ma triumfu dobra nad złem. Przeciwnie, jest triumf jednego zła nad drugim.
Jednak prawie wszyscy, którzy znają tajemnicę, zgadzają się co do tego, że zimna wojna mogła się skończyć dużo gorzej, w końcu rakiety już grzały silniki. Tylko jedna postać – Rorschach właśnie – woli sprawiedliwość Za Wszelką Cenę. No i ją płaci

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz