Socjalistyczne iTunes

Spór, który – mam nadzieję – pozwolił Konradowi Niklewiczowi zrozumieć podstawy prawa autorskiego, miał jeden komiczny podtekst. Liberałowie liberalniejsi od niego zarzucali mu, że gdy państwowa instytucja zmusza prywatne przedsiębiorstwo do wchodzenia w nieopłacalny biznes, to jest to socjalizm. Konrad wykrętnie argumentował, że żaden socjalizm, tylko ten prawdziwie prawdziwy kapitalizm.
Obserwowanie liberałów różnych odcieni kłócących się ze sobą o „prawdziwy” kapitalizm daje marksiście dużo radochy. Idealistyczną młodość spędziłem w Polskiej Partii Socjalistycznej, więc słowo „socjalizm” nigdy nie będzie dla mnie zarzutem czy obelgą. Zastanówmy się więc, jak wyglądałoby hipotetyczne rozwiązanie problemu handlu multimediami w socjalizmie?
W PRL regulowała to ustawa o prawie autorskim z 1952 roku, którą kapitalistyczna ustawa zastapiła dopiero w 1994 roku – stąd rozkoszny okres pierwszej połowy lat 90., kiedy oficjalnie działały „kopiowalnie” płyt muzycznych takie jak legendarny Digital w Alejach Jerozolimskich.
Przyjęta w okresie stalinowskim ustawa realizowała wiele postulatów dziś wysuwanych przez kręgi zbliżone do linuksiarstwa – na przykład okres obowiązywania praw majątkowych wynosił w niej tylko 25 lat i to w większości przypadków liczonych od opublikowania dzieła. W pierwszych latach 3RP do domeny publicznej należały więc nagrania klasyków rocka i jazu, na czym profitowało wydawnictwo Selles, pionier płyt sprzedawanych jako dodatki do czasopism.
W ustawie nie było mowy o „polach eksploatacji”, które uniemożliwiają ujednolicenie oferty iTunes Music Store na całą Unię. Przewidywała tylko jeden sposób eksploatacji praw autorskich – przeniesienie praw autorskich na wydawcę.
W kapitalizmie taka formuła uważana jest za skrajnie nieatrakcyjną. W zamian za jednorazową opłatę twórca na zawsze traci panowanie nad utworem! W tej sytuacji do dzisiaj są np. gwiazdorzy PRL-owskiej muzyki pop, którzy podpisywali tak sformułowane umowy z różnymi Tonpressami i do dzisiaj nie dostają złamanego eurocenta za wznowienia swoich hiciorów sprzed lat.
W świecie mojego opowiadania „Socpunk” o alternatywnej rzeczywistości, w której ZSRR wygrał zimną wojnę, mógłby działać mirnietowy sklep muzyczny, ale jak zwykle z podziałem na „starą i nową Radę”. W krajach należących do RWPG przed 1989 rokiem sklep działałby jednolicie, bo tutaj wszystkie prawa byłyby w rękach wydawców. Tylko w „nowej Radzie” sklep czekałby na hurtowy wykup praw – rozwiązujący sprawę na szczeblu ogólnoradzieckim.
W socjalizmie autor miał pod tym względem gorzej, ale pod innymi lepiej. Państwo wspierało twórczość w sposoby, o których kapitalistyczny pisarz może tylko marzyć. Wyobrażacie sobie dziś taką sytuację, żeby zdolny prozaik mógł na koszt społeczeństwa spędzić parę miesięcy w Domu Pracy Twórczej, gdzie oddalony od codziennych problemów skupiałby się na swoim dziele?
Tak powstały największe arcydzieła Stanisława Lema. Mózg się lasuje, gdy człowiek spróbuje sobie wyobrazić, ile genialnych rzeczy nastukałby w takich warunkach Jacek Dukaj.
Rozwiązanie socjalistyczne jest więc z grubsza takie, że państwo umożliwia artystom tworzenie przez stypendia i dotowanie stowarzyszeń twórczych (prowadzących m.in. owe Domy Pracy Twórczej, czyli fabryki arcydzieł). W zamian za to artysta traci możliwość strzelania fochów typu „udzielenia licencji na eksploatację tylko przez trzy lata i tylko w Trynidadzie, bo za Tobago musicie mi dopłacić”.
Takie rozwiązanie miało oczywiście swój urok, nie trzeba mi tego tłumaczyć. Wystarczy zresztą porównać życie kulturalne PRL (zwłaszcza z jego złotego okresu 1956-1964!) z życiem kulturalnym 3RP. Tylko jeśli ktoś woli takie rozwiązania, to niech chociaż nie udaje liberała.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz