Nie zbojkotuję TVP


Mimo całej mojej sympatii do propozycji bojkotu telewizji publicznej, nie mogę się do niej przyłączyć z powodów zasadniczych – telewizji publicznej nie oglądam już od dawna. Kanały tematyczne w cyfrówce z jednej strony, a internet z drugiej, zupełnie we mnie zabiły potrzebę oglądania kanałów ogólnodostępnych.
To się jakoś zbiegło w czasie z ich zdebileniem – kiedyś hitem ramówki był atrakcyjny serial albo film, teraz hitem jest reality show albo coś z cyklu „gwiazdy śpiewają na lodzie”. Ilekroć przypadkiem wpadnę na coś w tym stylu skacząc po kanałach, patrzę na to przez chwilę z osłupieniem, a potem skaczę dalej.
Najbardziej lubię wpaść na któryś z programów typu „czterej znawcy od nawozów i od świata orzekają co się zdarzy w strefie euro za trzy lata”. Cieszę się, że moi redakcyjni koledzy relatywnie rzadko zapraszani są do programów typu „znani publicyści komentują bieżące wydarzenia”, bo poruta to przeważnie straszliwa. Wyższość Jerry’ego Springera nad Axelem Springerem polega na tym, że ci od Jerry’ego przynajmniej fajnie się walą krzesłami po głowach.
Pod poprzednią blogonotką wyłonił się miniflejm o wyższości Kleyffa nad Kaczmarskim i piosenka „Telewizja” – w odróżnieniu od tych wszystkich „Zbroi” ze „Źródłami” – okazała się nie tylko ponadczasowa, ale nawet prorocza.
Tam jest wszystko, co mnie odrzuca od publicznej. Choćby kwirki, czyli durne ciekawostki o jednym psie gdzieś w Azji, które zwykle biorą się z tego, że ledwo dukający po angielsku chłopaczyna z onetu coś źle zrozumie z agencji, za onetem to powtórzą w radiu, za radiem w telewizji a potem moja redakcja będzie mnie męczyć, żeby napisać o tym, jak CIA manipulowała wikipedią.
Owszem, dziś już „usia-siusia” to nie Cepeliada tylko jakieś tańce z gwiazdami, ale ja nadal nie wiem, kto to jest panna Mania. Nie wiem, kto to bracia Mroczek, Tomasz Jacyków czy Jola Rutowicz i wcale nie chcę się dowiadywać. Gdzieś migają mi na portalu te nazwiska w linkach, na które nie klikam.
Choć oszukuję – raz kliknąłem, bo zapowiadało się na jajcarską opowieść i było warto! Tak się dowiedziałem o istnieniu Weroniki Marii Dolores Rosati, przez okrutny los skazanej na latanie ekonomiczną.
Całkiem szczerze, znacznie częściej zdarza mi się oglądać niszową TVP Kultura – i to jedyne, czego byłoby mi szkoda, gdyby po prostu pogonić całe towarzycho z Woronicza na cztery wiatry. Mój akt nieobejrzenia jej 3 maja można więc mocno naciągając uznać za uczestnictwo w bojkocie publicznej telewizji.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz