Now Playing (83)


Bycie ojcem nastolatka ma ten nieoczekiwany bonus, że człowiek odkrywa kolejne dna w piosenkach rockowych, których nie słuchał od ćwierćwiecza. Pytanie mego najstarszego syna „ale właściwie o co chodzi z tym Czajkowskim”, które padło gdy słuchaliśmy w samochodzie „Let There Be Rock” AC/DC zawstydziło mnie, bo nie umiałem na nie na tak z marszu odpowiedzieć.
Kiedy byłem w wieku mojego syna i zachwycałem się AC/DC tak jak on dzisiaj, mój angielski był bardzo słabiutki, na pewno słabszy niż dzisiejszy lengłidż potomka. Aczkolwiek i tak do dzisiaj pamiętam jaki byłem z siebie dumny, mogąc wyprowadzić z błędu kolegę, który przy pomocy słownika uznał, że „Shot Down In Flames” to piosenka o kimś, kto się mieni w dole kolorami.
Szkocko-australijsko-alkoholiczny akcent Bona Scotta nie ułatwiał rozumienia tekstów mego wówczas ulubionego zespołu, więc jeśli czegoś nie wyłapałem, godziłem się na to z melancholijną rezygnacją. Nastolatkowi to przystoi, ojcu rodziny już nie. Po ćwierć wieku wykonałem niezbędny wysiłek intelektualny i zajarzyłem metaforę.
„The white man had the schmaltz/the black man had the blues/No one knew what they was gonna do/But Tschaikovsky had the news, he said” – śpiewa Bon Scott. W ten sposób poetycko i metaforycznie sugeruje, że chodzi o piosenkę „Roll Over Beethoven” Chucka Berry, w której podmiot liryczny prosi swojego lokalnego radiowego didżeja o to, żeby puszczał więcej „rockin rhythm records” zamiast muzyki klasycznej.
Zrób miejsce Beethovenie i przekaż tę prośbę Czajkowskiemu – tak chyba należy rozumieć refren „Roll over Beethoven and tell Tschaikowsky the news”. Zatem bohater piosenki AC/DC to albo ten sam podmiot liryczny co w piosece Chucka Berry – albo sam Chuck Berry? A może na przykład ów tajemniczy lokalny radiowy didżej, który już wie, że Czajkowskiemu należy przekazać wiadomość?
„Schmaltz”, żeby uniknąć dalszych językowych nieporozumień, należy tutaj rozumieć nie jako forsę, tylko jako (za Websterem) „sentimental or florid music or art”, czyli popularną muzykę białego człowieka dominującą zanim Chuck Berry nauczył nas „all that jive”.
Poznając metafory uczymy się też rozpoznawać samych siebie – uświadomiłem sobie, że słuchane w wieku nastoletnim „Let There Be Rock” wyznaczało mój gust na całe życie. Przy całej mojej dzisiejszej postmodernistycznej ironii, sentymentalnej muzyki nie cierpię tak samo jak ćwierć wieku temu. Mogę robić ironiczne nawiązania do Boney M, ale Seweryna Krajewskiego jak nienawidziłem, tak nienawidzę.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz