Kapitaliści


Z okazji mojego debiutu w dziale gospodarki postanowiłem majowy ranking od czapy poświęcić opowieściom o kapitalistach, które czytam namiętnie (i pewnie dlatego jestem socjalistą). Moim ulubionym biznesmenem wszech czasów jest Michael Robert Milken z niestniejącego już banku inwestycyjnego Drexel Burnham Lambert. To nieistnienie to zasługa Milkena właśnie.
Jednocześnie miał też on ogromne zasługi dla reaganomiki lat 80. A także dla spektakularnego „ka-boom” na zakończenie tej epoki. W czarny poniedziałek 19 października 1987 giełda nowojorska spadła jednego dnia prawie o 23 procent (tego rekordu nie pobito do dzisiaj!), krach rozlał się na cały kapitalistyczny świat, w Hong Kongu indeks poleciał tego dnia o przeszło 46 procent.
Milken wynalazł instrument finansowy zwany „obligacjami śmieciowymi” – „junk bonds”, będący dla euforii lat 80. tym, czym był rynek derywatów w ostatniej dekadzie. Śmieciówki stały się w latach 80. pozornie niewyczerpanym źródłem kapitału. Właśnie nimi odpowiedniki Patricka Batemana finansowały słynne „mergers and acquisitions” tej dekady. Milken był ich królem.
Milken nie grał czysto, bo w kapitalizmie czysta gra nadaje się tylko dla konserwatorów powierzchni płaskich. Kto śmieciówkę szybko odsprzedał, ten miał z tego zysk spekulacyjny, ale kto je trzymał zbyt długo, został z niczym gdy już szit hitnął fana.
Milken wymyślił bardzo sprytny kanał dystrybucji, w którym wszyscy zarabiali, a płacił ten sam frajer, który w kapitalizmie płaci za wszystko – czyli podatnik (śmieciówki ostatecznie lądowały w kasach oszczędności z państowymi gwarancjami depozytów).
Jak zwykle w kapitalizmie – wszyscy czuli, że coś tu śmierdzi, ale póki giełda szła w górę, zgodnie zatykali nosy. Dopiero kryzys sprawił, że Milkena zapuszkowano i skazano na 10 lat więzienia i 200 megabaksów grzywny (rekord Guinnessa).
Sprawiedliwość zatriumfowała? My patootie. Odsiedział 22 miesiące i wyszedł za dobre sprawowanie. W 2007 jego majątek Forbes szacował na przeszło dwa miliardy. Dwa giga za dwa lata? Kto by tak nie chciał?

Isaac Newton to bardzo mądry człowiek, a tylko bardzo mądrzy ludzie potrafią robić bardzo głupie rzeczy na giełdzie. Newton zdrowo umoczył w 1720 roku na krachu, który z giełdy paryskiej przelał się na londyńską, był więc prawdopodobnie pierwszym krachem globalistycznym.
W kwietniu 1720 roku sir Isaac sprzedał swoje udziały w Kompanii Mórz Południowych. Spółka zarabiała w sposób parszywy – na handlu niewolnikami – a więc jej akcje ciągle rosły. W ciągu roku fizyk podwoił swoją inwestycję, co powinno być powodem do radości.
Musiało go jednak dręczyć to, że inni zarobili więcej, chwalili się przebiciem nawet dziesięciokrotnym. A papiery spółki dalej szły w górę.
W czerwcu Newton zainwestował ponownie ponad 20.000 funtów (2,7 miliona na dzisiejsze ceny). Nie wiadomo, czy dokładnie tyle, bo guesstimate polega na tym, że grubo potem spisując swój majątek Newton oświadczył, że ma tyle w akcjach tej spółki; problem w tym, że wtedy już w akcjach tej spółki tak realnie to można było mieć tylko zero koma zero, bo szit hitnął fana miesiąc po tej inwestycji. Skąpość źródeł wynika z tego, że Newton dostawał ataku szału, gdy ktoś przy nim poruszał ten temat.

To go odróżnia od Henry’ego Rossa Perota, który trafia do tego rankingu po pierwsze za to, że po męsku zniósł rekord w dziedzinie największych strat poniesionych na nowojorskiej giełdzie przez jedną osobę w jeden dzień (450 mega, 22 kwietnia 1970). A po drugie dlatego, że przypomniałem sobie o Perocie czytając bajdurzenia o odkrywczości systemu PESEL.
W 1965 roku Amerykanie zaczęli tworzyć system Medicare, odwołujący się do unikalnych numerów Social Security przyznawanych obywatelom od 1936 roku. Ross Perot był Ryszardem Krauze tego systemu – jego firma najpierw zgarnęła kontrakt na wdrożenie go w jego rodzinnym stanie Teksas, co poszło na tyle dobrze, że po chwili już jedenaście stanów czekało u Perota w kolejce.
Dynamiczny rozwój zmusił Perota do wpuszczenia firmy na giełdę, co mu się bardzo nie podobało, bo jako prawdziwy teksańczyk z kapeluszem, nie chciał mieć za wspólnika jakiegoś szwajcarskiego bankiera. Alternatywą było jednak albo odmawianie chętnym klientom albo wzięcie kosmicznego kredytu, a to jeszcze bardziej nie mieściło się w kowbojskim etosie.
A na giełdzie jak to na giełdzie, bez względu na to, jak bardzo by to komuś nie pasowało do etosu, trzeba podążać za pewnymi regułami – dotyczącymi np. pakietu akcji dla zarządu i emisji „free float”. Perot wypuścił akcji tylko tyle ile musiał, bo chciał zachować jak najwięcej w rękach swoich i swojej rodziny. Właśnie niewielka podaż uczyniła go tak podatnym na atak spekulacyjny.
Ale Perot zniósł to jak kowboj – nie ekscytowało go jego papierowe bogactwo, nie załamała go jego papierowa strata. Tego dnia pracował jak każdego innego, spotykając się z klientami i zbierając nowe zamówienia. Życzę czytelnikom, żeby mieli zyski jak Milken, straty ponosili z godnością jak Perot, a pomysłów na zarabianie nie mieli tak genialnych jak Newton…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz