Przemiana towarzysza Victora

W związku z radosną nowiną, czerwcowy ranking od czapy poświęcę wydawcom. „Wydawca” to pojęcie nieostre, płynnie przechodzące w „redaktora” lub nawet inne osoby kręcące się po budynku (z tej nieostrości właśnie skorzystałem).

Zacznę ranking od Williama Claytona, który akurat był wydawcą sensu stricto, aczkolwiek znacznie większą sławę zyskał jeden z jego redaktorów: John Campbell. Isaac Asimov wspominał, że omawiając jedno ze swoich wczesnych opowiadań usłyszał od redaktora „nie, Isaac, zapomniałeś teraz o trzech prawach robotyki”. „Jakich prawach?” – zdziwił się pisarz. „Nie wiem, wymyśl je” – odparł Campbell.
Sam Campbell pisał rzadko, ale jak już trzasnął opowiadanko „Who Goes There?”, to na jego podstawie nakręcono dwa filmy pełnometrażowe i odcinek „Z Archiwum X” (stąd ilustracja).
Dlaczego miejsce w rankingu przyznaję jego pracodawcy, o którym tak poza tym mało wiadomo? Otóż bardzo mi się podoba zastosowany przez Claytona trick mający zapewnić mu przewagę nad konkurencją. Było to oryginalne rozwiązanie, które jeszcze nie przyjęło się w Polsce: po prostu płacił autorom dwa razy więcej niż inni.
Jak to ujął w „Astounding Days” Arthur C. Clarke, dla pisarzy jeszcze ważniejsze było to, że Clayton płacił po akceptacji tekstu, a nie po jego opublikowaniu, czy wręcz groźbie pozwu. Gradacja Clarke’a wydała mi się w naturalny sposób typować trzy kolejne miejsca w rankingu.

Drugie zajmuje Hugo Gernsback. Wydawany przez niego magazyn „Amazing Science-Fiction” przyczynił się do wylansowania nazwy naszego ulubionego żąru.
To on, płacąc autorom centa za słowo, był głównym konkurentem dla Claytona i jego magazynu „Astounding Stories Of Super Science”. Skoro dziś mamy nagrodę Hugo i fandom science-fiction, a nie nagrodę William i fandom super-science, to najlepiej pokazuje, że pismo Gernsbacka było bardziej wpływowe.
Z drugiej strony gdy nadszedł kryzys, Gernsback zbankrutował jeszcze w 1929, a Clayton dopiero w 1934 (rzecz jasna, oba pisma ukazywały się jeszcze długo po bankructwie pierwotnych wydawców). Wniosek: płać autorom dwa razy więcej, zbankrutujesz później o pięć lat.

A jak już autorom nie płacić, to też z rozmachem. Gdy inni bankrutowali, własną firmę w 1929 założył niejaki Aaron A. Weinstein, klasyczny przykład wydawcy płacącego dopiero po otrzymaniu pisma procesowego.
To postać o tyle dwuznaczna, że z jednej strony gdy się czyta o tym, jak traktował swoich autorów – Philipa Dicka choćby – człowiek aż żałuje, że faceta nie da się rozstrzelać, bo niestety nie żyje od 1967.
Z drugiej strony publikując broszurki pod nagłówkiem „dwie powieści za 35 centów” odegrał on pozytywną rolę w popularyzacji fantastyki. Gdyby nie pirackie wydanie Tolkiena w paperbacku, być może nigdy nie zaistniałaby literatura fantasy jaką dziś znamy, a „Władca pierścieni” pozostałby akademicką igraszką znaną tylko koneserom.

Jako honorejbl menszyn – wydawca, którego biografię chciałbym kiedyś przeczytać. Jego nazwisko napotykam od lat śledząc różne swoje fascynacje, jakby był to jakiś edytorski Pan Sławek, robiący sobie kolejno zdjęcia z Georgem Orwellem, Bertrandem Russellem, Johnem Le Carre czy Terrym Pratchettem.
Nawet książka Clarke’a, z której zaczerpnąłem większość powyższych anegdotek, ma jego nazwisko na stronie tytułowej – „London, Victor Gollancz Ltd, 1989”. Gollancz był działaczem przedwojennej radykalnej lewicy i zwolennikiem Frontu Ludowego („Popular Front”), czyli idei antykapitalistycznego sojuszu komunistów i demokratycznych socjalistów.
Idea Frontu Ludowego generalnie upadła na Zachodzie po pakcie Ribbentrop-Mołotow, a Gollancz przestawił się na inne znaczenie tego samego słowa „popular” i stał się wydawcą bestsellerów popkultury. Tytuł szlachecki nadany mu za liczne zasługi w roku 1965 przypieczętował przemianę z towarzysza Victora w sir Victora – i jak powiedziałem, chciałbym kiedyś coś więcej o tym poczytać…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz