Etos klasy średniej (NP 91)


O piosence, która ma najlepszy rockowy tekst ever, już tu kiedyś pisałem przy okazji rankingu od czapy. Ale nigdy nie było jej w tym cyklu, a że mi się właśnie wzięła i wylosowała na Ajfonie, to do niej wrócę. Tym bardziej, że fajnie się nadaje do zilustrowania niedawnej dysputy o definicję klasy średniej.
Piosenka opowiada o romansie (nieudanym?) studenta z klasy średniej i studentki z klasy wyższej. Spotkali się w słynnej londyńskiej szkole plastycznej, do której chodziło wielu brytyjskich rockmanów z wykonującym tę piosenkę Jarvisem Cockerem włącznie.
Studentka z klasy wyższej pojawiła się na tej uczelni, bo po pierwsze, odczuwa „pragnienie wiedzy” a po drugie – erotycznie ekscytuje ją towarzystwo zwykłych ludzi, takich jak podmiot liryczny.
Na jej prośbę podmiot liryczny próbuje jej wyjaśnić, na czym polega życie „zwykłych ludzi”, ale w końcu odkrywa, że nawet jeśli bohaterka imitować będzie wszystko krok po kroku, nigdy jej się to nie uda do końca, bo wciąż będzie w takiej sytuacji, że jeden telefon do tatusia wszystko będzie mógł odwołać („if you call your daddy he could stop it all”).
To jest najważniejsza różnica między etosem klasy średniej a klasy wyższej. W klasie średniej praca zawodowa jest koniecznością. Wykonuje się ją niechętnie i na odczepnego (lower middle), nie bez pewnej dumy i satysfakcji (middle middle), nie bardzo wiadomo na czym ona polega (upper middle i ich „mąż jest z zawodu członkiem rady nadzorczej”), ale nie można jej nie wykonywać.
W klasie wyższej praca jest zajęciem fakultatywnym. Syn oligarchy może jak prosty przedstawiciel „middle middle” biegać z kamerą po Afryce, ale jeśli mu się to znudzi, nie musi pracować do końca życia. Tak jak bohaterka piosenki, he will never get it right.
Średnia średnia reprodukuje się poprzez posyłanie dzieci na tradycyjne studia. Niższa średnia odwrotnie, przez przekazanie dzieciom, że trzeba od razu złapać jakiś konkretny fach, jeśli w ogóle studiować, to tylko na zaocznej szkole „czegoś i czegoś”. Wyższa średnia przez dbanie o to, żeby dziecko od dziecka zdobywało jak najwięcej znajomości wśród obecnych i przyszłych prezesów i członków zarządu. Wyższa reprodukuje się przez dziedziczenie majątku.
Tylko w średniej więc konieczności pracy towarzyszy kulturowa otoczka. Za jej sprawą ja też już nie umiem sobie wyobrazić życia bez pracy – nawet gdybym nagle dostał nie wiadomo skąd nie wiadomo jaki zylion, coś tam bym nadal pisał, choć pewnie zamiast wiązać koniec z końcem głupotkami o lolcatach i chindogu, pisałbym raczej jakieś pojechane książki.
Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to przekonanie jest tym, co w marksizmie nazywa się nadbudową – tym, w co wierzymy i co w sobie wmawiamy żeby przed samymi sobą ukrywać to, że jesteśmy bateryjkami w matriksie.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz