Pedagogika z Psychiatryka

Poza tekstami o spiskach i samotnych geniuszach wynajdujących nową fizykę, lubię też w Psychiatryku teksty o rodzinie i wychowywaniu dzieci. Tu jednak mam większe wyrzuty sumienia, bo tutaj czasem chodzi już o autentyczne ludzkie problemy (a ja to jak zwykle czytam w intencjach chichrania się z wystawy dziwolągów).
Ten blog opisuje na przykład chyba jakąś prawdziwą rodzinę (cytuję z oryginalną pisownią):
-Nie można całkowicie wyeliminować bicia – twierdzi ponad to mój mąż, wścieka się (bo ja oponuję, ja uważam, że bić nie można) i woła: Chcemy wychować zaćpanych hipisów? Nie chcemy! Chcemy wychować facetów, którzy w razie potrzeby wykłują wrogowi oczy nożem.
Milknę, pod wrażeniem tej sentencji, myśląc jednocześnie moim starszym marzycielu, który właśnie siedzi pod drzewem i pisze powieść fantasy oraz o młodszym pieszczochu, który co wieczór prosi, żeby go pogłaskać po pleckach. Ale też nie mogę powiedzieć, że pan B. nie ma racji.
No ja na przykład mogę. Po pierwsze, surowe wychowanie to właśnie znakomita metoda na wychowanie „zaćpanego hipisa”. Cała idea „czarnej pedagogiki” polega na przekonaniu, że dziecko przychodzi na świat z natury złe, krnąbrne i leniwe, trzeba ostrą tresurą przełamać jego wredną naturę i zrobić z niego człowieka. Otóż wielu alkoholików i narkomanów to właśnie ludzie, których rodzice odnieśli nadspodziewanie duży sukces w łamaniu charakteru dziecka.
Po drugie, uznawanie za priorytet w wychowaniu dziecka jego zdolności do „wykłucia w razie potrzeby oczu” jest chore. Owszem, w ekstremalnej sytuacji warto umieć walczyć na śmierć i życie, ale w czasach pokoju rzadko zdarza się taka potrzeba. Warto natomiast wychować młodego człowieka tak, żeby unikał bezsensownego kozaczenia.
Dalej mamy przerażający opis dzieci wysłanych na hardkorowy obóz surwiwalowy i proszących matkę o zabranie ich do domu: „Antoni, który rzadko płacze – szlochał praktycznie codziennie, a mama Karola oświadczyła, że w weekend jedzie po swojego syna i że jeśli chcemy, może zabrać i Antka. A wtedy, z nienacka mój mąż oświadcza, że on chce, żeby Antek został do końca obozu. Na to ja: ale biecałam, że wróci z Karolem! – Trudno – ucina twardo mąż i mówi, że mogę winę zwalić na niego, niech będzie, że to on jest tym wstrętnym ojcem.
Więc powtarzam dziecku, że musi zostać, bo tata powiedział, że tak ma być i już
W tej opowieści pojawia się niby jakiś hepi end, bo młodzieńcy w końcu byli zadowoleni z tego, że zostali (tak przynajmniej powiedzieli rodzicom). Ale dla mnie cała ta historia jest mocno anhepi.
Burzenie naturalnego zaufania, jakie dziecko ma do rodziców, to też świetny sposób na wychowanie „zaćpanego hipisa”. Bohaterowie tej historii dostali przecież taką nauczkę, że z kłopotami nie mają po co iść do rodziców, prędzej do grupy rówieśniczej. Czy na pewno o to chodziło?
Dziecko oczywiście musi się uczyć samodzielności. Trzeba je przygotowywać do życia poza opiekuńczymi skrzydłami rodziców. Ale samodzielności musi się uczyć samodzielnie. Nikt nie stanie się samodzielny „bo tata powiedział, że tak ma być i już”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz