En lecture 92


Pierwszym Bondem obejrzanym przeze mnie w kinie było „View To A Kill”. „For Your Eyes Only” mignęło mi tylko w jakimś trailerze, bo gdy pierwszy raz wyjechałem na Zachód, byłem jeszcze za młody na śledzenie przygód agenta double oh seven. Co za tym idzie, do „View To A Kill” mam stosunek szczególnie fetyszystyczny, tym bardziej, że w ogóle z różnych powodów jestem przywiązany do popkultury z roku 1985.
Gdybym w tym roku się dowiedział, że Grace Jones wykonała cover piosenki Joy Division, nie umiem sobie wyobrazić swojej reakcji. Nawet teraz mnie to trochę podekscytowało, gdy się przypadkiem doklikałem w iTMS (i zaraz ściągnąłem). A przecież ogólna prawidłowość jest taka, że co lekko ekscytuje czterdziestolatka, to wprawia szesnastolatka w stan chodzenia po suficie.
Cover jest taki sobie, ale za jego sprawą przypomniałem sobie, jak bardzo kiedyś lubiłem Grace Jones i wrzuciłem inny jej cover, wspaniałe „La vie en rose” na wakacyjną plejlistę. Siedem i pół minuty, rozbudowana sekcja rytmiczna, coś w sam raz nadającego się na jakąś współczesną składankę „lounge electronica”, gdyby nie to, że to jest akurat acoustica sprzed trzech dekad.
Perwersja tego covera polega na tym, że w ustach wykonującej oryginał Edith Piaf naturalnie brzmiała narracja drobnej kobietki, która w ramionach swego mężczyzny, słuchając jego męskiego głosu, zapomina o życiowych troskach i patrzy na życie przez różowe okulary. Ale w ustach Grace Jones? Kim by musiał być mężczyzna, w ramionach którego poczułaby się jak drobna kobietka?
„Sławoj Żiżek”, powiedziała moja żona, zabijając mi jedną puentę – ale dając w zamian lepszą…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz