Wymarła Polska


W zeszłym roku planowałem pewien pewien dziennikarski projekt równie szalony jak ten, w którym uczestniczę teraz. Chodziło o wyprawę do osady o nazwie Poland na atolu Kiritimati (Wyspa Bożego Narodzenia). Z wyprawy gucio wyszło, bo jedna jedyna linia lotnicza raz w tygodniu utrzymująca połączenie z atolem zawiesiła loty ze względu na stan nieremontowanego pasa startowego.
Może już nie być więcej okazji, bo osadę Poland szlag ma trafić ze względu na podnoszenie się poziomu oceanu. Atole koralowe pójdą na dno w pierwszej kolejności, wystarczą dwa metry i nie ma już Kiritimati.

Żeby to sobie powetować, zrobiłem małą dewiację od mojej amerykańskiej podróży do Poland, Arizona. To ghost town, ale nie do końca wymarłe. Górnicze miasteczko wprawdzie nie istnieje, ale wzdłuż prowadzącej do niego drogi – Poland Road, odchodzącej od Poland Junction na State Route 69 – działają gospodarstwa rolne.
Według znakomitego serwisu ghosttowns.com, nazwa Poland nie pochodzi od naszego kraju tylko od nazwiska odkrywcy złóż miedzi, które wydobywali górnicy mieszkający w Poland.
Czy Poland miał polskie korzenie? Nie brzmi to jak typowo anglosaskie nazwisko. Na Ellis Island zdarzało się, że imigranci przybierali nazwę ojczystego kraju lub miasta jako swoje nazwisko. Oczywiście, tu zostaje osobny problem, czy ich rodzice byli Prawdziwymi Polakami, ale zostawmy to tropicielom „prawdziwych nazwisk” w Psychiatryku.
W Arizonie nazwiska typu Klimek, Piontek czy Malolepszy spotyka się stosunkowo często. To potomkowie górników – także śląskich – którzy doszli do wniosku, że jak już mają tyrać na przodku, to chociaż za dolary.
Dziki Zachód znamy głownie jako westernowe simulacrum – strzelanina w OK Corrall, samotny kowboj przybywający do miasteczka bezprawia, przepędzenie stada bydła z El Whatever do San Domiesh. Większość populacji Arizony tymczasem stanowił przemysłowy proletariat.
Historia Dzikiego Zachodu opowiedziana z jego punktu widzenia to zupełnie inna opowieść. To opowieść czerwona jak sztandar I Międzynarodówki, bo górnicy byli pierwsi w organizowaniu związków zawodowych, często o zabarwieniu socjalistycznym, komunistycznym czy anarchistycznym. To nie był western z Johnem Wayne, już prędzej „Człowiek z miedzi” z Radziwiłłowiczem grającym nieznanego kuzyna Birkuta, który wyemigrował do Arizony.

Poland Road to szutrówka całkiem dobrze utrzymana, póki wije się wśród zamieszkanych farm. Miasto Poland leżało jednak dalej w górach, gdzie droga się gwałtownie pogarsza. Zawróciłem, bo jako chardonnay socialist wypożyczyłem sobie samochód absolutnie nie nadający się do takich dróg.
Pognałem dalej, wzywany przez obowiązki służbowe do Roswell, New Mexico.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz