Wyprawa do Strefy 51

I oto nadeszła chwila spadku blogoaktywności, o którym ostrzegałem przed wakacjami. To, co wtedy nazwałem roboczo „służbową wyprawą do Strefy 51”, jest w rzeczywistości próbą pogorszenia kryzysu w mediach przy pomocy amerykańskiej wyprawy coast-to-coast tropem stereotypów popkulturowych.
Plan jest mniej więcej taki: umówię się w Nowym Jorku ze znerwicowanym intelektualistą, ten jednak z tajemniczych przyczyn nie przyjdzie na spotkanie. Z nudów zacznę analizować okładki jego książek i odkryję, że układają się w mapę prowadzącą do dziwnego miasteczka zagubionego gdzieś w Nowej Anglii, założonego przed laty przez czcicieli Niewypowiedzianie Strasznego Cthulhu.
Wynajmę renomowaną kancelarię prawniczą Phoenix & Wright, która zrujnuje potwora w punitive damages. Za zgromadzoną fortunę założę obiecującego startupa w Krzemowej Dolinie, niestety niekompetencja mojego wspólnika, OG Bloodcripsa doprowadzi do bankructwa. Sprytnie namówię go na wycieczkę do Missisipi, gdzie zajmą się nim panowie w białych kapturach.
Wyrzuty sumienia sprawią, że postanowię spędzić resztę życia taplając się w nędzy i grzechu w Nowym Orleanie. W Memphis spotkam Elvisa (bo przecież pochowali jego brata bliźniaka!) i to mnie tak skonfuduje, że z wrażenia pomylę zakręty na skrzyżowaniu Highway 61 z Route 66.
Po długiej wędrówce przez Dziki Zachód, mijając kowbojów goniących Indian goniących dyliżanse, znajdę w końcu jakąś miejscowość. Niestety będzie to Roswell w stanie Nowy Meksyk. Kilku panów w czarnych garniturach wywiezie mnie do Strefy 51.
Na szczęście jak wiadomo w każdym amerykańskim więzieniu siedzi Danny Trejo. Tak go wzruszy moja dogłębna znajomość jego dorobku filmowego, że pomoże mi wykonać mój plan ucieczki (standard: najpierw wentylacją, potem kanalizacją, potem w śmieciarce).
Dotrę pieszo do Las Vegas, gdzie wygram fortunę w blackjacka. Wszystko jednak przepadnie w portfelu, który zostawię w El Segundo. Resztką limitu na karcie dotrę do San Francisco, skąd zostanę deportowany za brak włosów w kwiatach.
Od czasu do czasu będę się odzywać na blipie, ale mogę nie mieć głowy do blogowania. Na wszelki wypadek więc na razie się serdecznie żegnam i odlatuję.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz